II Niedziela Adwentu 2018 r.

Piękna jest wizja Jerozolimy w I czytaniu. Bóg dba o nią jak o najdroższy obiekt miłości. Chce ją okryć płaszczem sprawiedliwości i dać wspaniałą koronę chwały. Jednak nie zawsze tak było. Dopiero w chwili wypowiadania tych Słów przez Boga mieszkańcy tego wspaniałego miasta wracają do niego. Są uchodźcami, którzy są w obcych krajach. Znękani i biedni. Teraz wracają, a Pan umożliwia im to równając na ich drodze każdą górę i dolinę. Ta Nowa Jerozolima to jest Kościół. Każdy z nas, który jest znękany przez grzech i ogołocony ze swojej godności wezwany jest do tego, żeby wrócił. Bóg otwiera, wskazuje i przygotowuje drogę do miejsca, gdzie każdy odzyska swoją godność i niewinność obywatela Królestwa Bożego. Myślę, że w czasie swoistego myślenia nad sobą, jakim jest adwent to niesamowita wiadomość. Tym bardziej, że każdy z nas w osobistym rozrachunku ze sobą widzi swoją niewystarczalność i słabość, a nasze ludzkie nadzieje okazują się tak bardzo płonne i słabe. Osobiście myślę, że brak perspektywy tej niebieskiej Jerozolimy, która zaczyna się powoli realizować już tu na ziemi w życiu każdego, kto wejdzie na drogę do niej skutkuje pesymizmem, depresją a nawet myślami samobójczymi.

Każdy kto z wielką wrażliwością słucha Słowa Bożego powie, że to piękny obraz Bożej troski, ale coś tu się nie zgadza. W Ewangelii wielki prorok, św. Jan Chrzciciel zapowiadając Pana Jezusa wręcz krzyczy, żebyśmy sami równali drogi. No tak. A przecież w I czytaniu Bóg obiecuje, że to On będzie je prostował. Niby mały szczegół a problem jest – kto „odwali czarną robotę”. Prawda jest taka, że Bóg sam jest w stanie wszystko posprzątać w naszym życiu i słabości przekuć w moc. Jednak nie może tego zrobić tylko w jednym przypadku – kiedy sami na to się nie zdecydujemy. Dlatego Jan Chrzciciel apeluje do nas wszystkich: niech Ci się chce chcieć!!! Jak ruszysz się, żeby zrobić tą ciężką pracę w łączności z Panem i Twoja intencja rewolucji wewnętrznej będzie trwała cały czas to zdziwisz się. Prędzej czy później okaże się, że Bóg zrobi całą robotę. Przemieni Cię. Ty dajesz intencje, trwałe postanowienie i kontakt z Nim. On robi całą wielką resztę. Proste? A niestety tak bardzo często nam nie wychodzi… Usiądź dzisiaj z tym Słowem i zastanów się czy pozwolisz Bogu, by działał, czy chcesz, żeby prostował Twoje drogi, które mają doprowadzić Cię do Nowego Jeruzalem. Nie pozwól, by to Słowo pozostało bez odpowiedzi. 

I Niedziela Adwentu 2018 r.

Zawsze mówi się, że adwent to czas oczekiwania. Ja myślę, że to czas wielkiej obietnicy. Czas ten jest wspomnieniem Starego Testamentu, gdzie oczekiwano wybawiciela, którym miał być Mesjasz. Ale wcześniej była obietnica dana już w raju, gdzie Bóg obiecał, że będzie ktoś, kto zmiażdży głowę węża – zniszczy wszelkie zło. Pan jak obiecuje to nigdy tego nie zmienia. To, co jest obiecane będzie na pewno. Wszystko przemija, ale Jego słowa nie przemijają. Była obietnica Wybawiciela. I On to wszystko spełnił z nawiązką, bo wydał nawet swojego Syna. A zbawienie dotknęło nie tylko Naród Wybrany, ale wszystkich ludzi na ziemi.

Chcę, żebyś wiedział, że Pan Bóg nie ograniczył się do jednej obietnicy. Ciągle daje obietnice człowiekowi. Obiecuje rzeczy dotyczące życia duchowego, ale też świata widzialnego. Wejdź w relacje z Nim. Posłuchaj swojego serca na modlitwie i podczas rozważania Słowa Bożego. Bóg zacznie mówić i obiecywać. A Jego obietnice spełnią się w 100 %. Są tylko trzy „ale”. Pierwsze – musisz nauczyć się, że to Bóg obiecuje, bo wie co jest najlepsze dla nas. Bardzo często chcemy Mu włożyć w usta nasze pragnienia. Słuchaj Jego a nie siebie. Zazwyczaj my, ludzie mylimy się w myśleniu o tym, co dla nas najważniejsze. Piszę to absolutnie ze swojego doświadczenia. Drugie „ale” to to, że obietnice Boże realizują się w czasie. Mogą wypełniać się szybko, ale też bardzo powoli. Żydzi na Mesjasza czekali setki lat. Maryja, żeby zobaczyć w swoim synu działającego Syna Bożego czekała 30 lat. Spokojnie, Bóg z czasem spełnia wszystko. Trzecie „ale” dotyczy Słowa Bożego z dzisiejszej Liturgii Słowa. Obietnice Boże mogą się w Twoim życiu zupełnie nie spełnić, bo nie będziesz tego chciał, bo Twoje serce stanie się z czasem ociężałe i obumierające od grzechu. A brak czujności, czyli ciągłego chodzenia przy Panu i w Jego obecności spowoduje, że nie zechcesz ani Jego w swoim życiu ani Jego obietnic. A one są najlepszymi rzeczami, jakie mogą nas spotkać. W końcu chce tego dla Ciebie kochający i wszechmocny Tata.

Duchowa pustynia.

Przed moim wyjazdem z Polski spotykając się z ludźmi bardzo często słyszałem opinię, że misje to głoszenie Jezusa tym, którzy jeszcze o Nim nie słyszeli. Jest w głowach pewien obraz misjonarza, który stoi przed ludźmi i opowiada Ewangelię. Słuchacze z otwartymi ustami i z zadziwieniem odpowiadają: Niesamowite! Nikt nam tego jeszcze nie opowiadał! Nic bardziej mylnego. Mamy już zaawansowany w czasie XXI wiek. Świat stał się globalną wioską. Misjonarze pracują na wielu kontynentach od kilku wieków. Nie ma już ludzi, którzy jeszcze nie usłyszeli o Ewangelii, Jezusie i Kościele, albo chociażby o istnieniu tych rzeczywistości. Mogą się znaleźć jeszcze gdzieś, gdzie absolutnie nie dotarła cywilizacja np. w dorzeczu Amazonki czy na pustyniach Afryki, ale jest to znikomy procent ludzkości. Będąc tutaj powoli przekonuję się czym tak naprawdę są misje. Widzę, że ludzie, którzy wiedząc i słysząc o Jezusie mogą i tak żyć na pustyni duchowej. Tak jakby nikt wcześniej nie opowiedział im o dobrym Bogu, który nadaje sens wszystkiemu i daje życie wieczne.

Parafia, w której jesteśmy z ks. Marcinem ma ładny kościół, gdzie codziennie sprawujemy Eucharystię. Dodatkowo, w niedziele odprawiamy Mszę w miejscowości obok, która nazywa się Rio Blanco. Miejscowość ta musiała kiedyś mieć księdza, bo jest tam kościół z opuszczoną dziś plebanią. Na marginesie dodam, że plagą na poddaszu kościoła są nietoperze. Znów inaczej – w Polsce są pod ochroną ze względu na zagrożenie wyginięciem. Dodatkowo, w wyznaczone niedziele odprawiamy Msze św. w oddalonych od siebie różnych częściach, które razem tworzą Bulo Bulo. Coś jak dzielnice tylko oddalone o kilka ładnych kilometrów. Piszę to nie tylko po to, żeby choć trochę zobrazować naszą pracę, ale także po to, by pokazać, że praca duszpasterska wcale nie jest skierowana ku wielkiej liczbie ludzi, mimo że tak może się wydawać. Moja głowa ciągle naszpikowana jest obrazami z Polski, na których w niedziele kościoły są pełne. Tutaj tak nie jest. Dość duża grupa ludzi jest ochrzczona, ale ich wiara jest bardzo letnia. Bywa, że niedzielna Eucharystia odprawiana jest dla kilkunastu osób. Szczególnie wtedy, gdy pada tropikalny deszcz. Pamiętam jak w pierwszą niedzielę odprawiałem Msze Świętą na starym boisku szkolnym, gdzie uczestniczyło w niej kilkoro dzieci i jedna osoba dorosła. Czasami do kościoła w Bulo Bulo przyjdzie na Mszę kilkadziesiąt osób co w tutejszych okolicznościach oznacza, że „kościół pęka w szwach”. Cieszymy się wtedy, tym bardziej, że czasami potrafi do spowiedzi przyjść kilkanaście osób, szczególnie dzieci.

Mało osób przystępujących do sakramentów nie oznacza dla nas mniej pracy. Istnieje tu pewna pustynia duchowa, która bardziej boli niż ubóstwo. Wiele osób nie jest ochrzczonych mając kilkanaście a nawet kilkadziesiąt lat, mimo że czasem pochodzą z rodzin, w których rodzice korzystają z sakramentów. Dlatego praca tu polega na przygotowywaniu do chrztu ludzi, którzy zgłaszają się po ten jakże istotny sakrament. Czasem jako dzieci, które mają iść do I Komunii Świętej lub jako młodzi ludzie, którzy chcą przyjąć sakrament małżeństwa. Zdarza się, że w kancelarii zjawia się para, gdzie narzeczona ma wszystkie sakramenty a narzeczony żadnego. Wtedy następuje odpowiednie przygotowanie do chrztu, I Komunii i bierzmowania. Wiele osób nie ma też tego ostatniego sakramentu. Ta pustynia duchowa sprawia, że jeszcze z większą mocą chcemy głosić piękno Ewangelii i życia we wspólnocie Kościoła w homiliach, ale i w katechezach przygotowujących do sakramentów. Dlatego w naszej parafii przed każdym chrztem dziecka ksiądz prowadzi już na wstępie z rodzicami i chrzestnymi nauki o wielkiej godności ochrzczonego i o znaczeniu chrztu dla życia religijnego całej rodziny. Jak to mówię w takich okolicznościach: robimy co się da.

Dlaczego istnieje tak wielka pustynia duchowa? Jestem tutaj dopiero miesiąc, ale nie wydaje mi się, że powodem jest brak pracy księży i sióstr zakonnych. Ona była i zawsze jest prowadzona z wielkim poświęceniem. Wydaje się, że potrzeba pogłębienia wiary tutejszych ludzi. Jednak nie nastąpi to przy ich braku otwartości na Boga. Serce zamknięte może jedynie otworzyć łaska Boża. Dlatego tak bardzo potrzebujemy modlitwy za misje, za ludzi, do których nas Pan posyła – przede wszystkim o łaskę otwarcia dla nich. Wydaje się, że innym problemem, chociaż w mniejszym stopniu, jest mentalność tych ludzi, dla których jest wieczna „mañana” czyli jutro. Jutro zrobię co potrzeba, nie ma co się przejmować i martwić wszystkim. W taki sposób przeżywając życie zamykają sobie drogę do konkretnych postaw, których wymaga chrześcijaństwo. Chrześcijaństwo to nie leżenie na słońcu i czekanie. Chrześcijaństwo to ortodoksyjne postawy, czyli takie, które wprost wypływają z Ewangelii. Rozważam teraz Dzieje Apostolskie i doskonale widać to w zachowaniu Apostołów i uczniów Jezusa po zesłaniu Ducha św. Już nie ma czekania, leżenia na kanapie, ale jest konkretne działanie.

Reasumując, nie chcemy się przejmować na pozór niewielkimi efektami czy wręcz brakiem odpowiedzi na głoszone dziesiątkami lat Słowo Boże. Dla Jezusa bijemy się o każdego człowieka. Głosimy Słowo Boże a On niech dalej prowadzi swój Kościół tutaj, w Boliwii. Na koniec opowiem dwie historie, które dobrze pokazują to wszystko, o czym napisałem. Obrazuję to, bo sam lubię czytać historie z życia wzięte.

Wczoraj przed Mszą Świętą ks. Marcin poinformował mnie, że będzie chrzest. Miałem przewodniczyć Eucharystii a on miał udzielić tego sakramentu. Wychodzimy, całujemy ołtarz i patrzę na pierwszą ławkę. Dwie kobiety w swoich tradycyjnych strojach i dwóch mężczyzn ładnie ubranych. Coś się nie zgadza. Myślę „po polsku” i pojawia się pytanie. Gdzie jest dziecko?! Chrzest to zawsze czworo dorosłych i …. słodko wyglądające dziecko! Po chwili zrozumiałem. Po homilii został ochrzczony jeden z mężczyzn z pierwszej ławki.

Druga historia dotyczy jednej z ministrantek. Tak, mamy ministrantki i ministrantów. I muszę przyznać, że jest ich bardzo dużo i są świetnie przygotowani do tej posługi. Jedna z dziewczynek nazywa się Brisa. Jest niskiego wzrostu, zawsze uśmiechnięta. Jest bardzo urocza i uczynna. Zawsze pomaga w posprzątaniu rzeczy liturgicznych po Eucharystii. Jednak jest jeden problem, o którym poinformował mnie ks. Marcin. Brisa nie może przystąpić do Komunii, mimo że czasem posługuje trzymając patenę. Nie jest nawet ochrzczona. Rozmawiał nie raz z jej rodzicami. Oni jednak stwierdzili, że na razie chrzest nie jest jej potrzebny. Powiem szczerze, że w takich sytuacjach nam, misjonarzom serce płacze, ręce są związane i pozostaje tylko modlitwa.

Pozdrawiam wszystkich, którzy są w Polsce. Wiem, że jest już zimno. Nam za to dokucza ustawiczny deszcz. Pisząc ten wpis ciągle słyszę jak tropikalny deszcz uderzenia w szybę.

XXXIII Niedziela Zwykła 2018 r.

Powoli zbliża się koniec roku liturgicznego, dlatego Słowo Boże kieruje naszą uwagę ku rzeczom, które będą się dziać na końcu świata. Słuchając tego, co mówi o tych wydarzeniach dzisiejsze Słowo i może doczytując sobie jeszcze Apokalipsę można się nieźle wystraszyć. Zważając, że to Słowo Boże i wszystko, co powiedział Jezus, co do joty będzie wypełnione. Dodatkowo, moment końca świata może przyjść w każdej chwili. Nie zdziw się więc jak czytając ten wpis słońce się zaćmi i zaczną spadać gwiazdy. Parafrazując pewną panią, która jest chyba tak nieistotna dla mnie, że nie pamiętam jej imienia i nazwiska, a która stwierdziła „taki mamy klimat?”, my możemy powiedzieć: „takie mamy Słowo od Boga?”. Coś oczywistego.

Czy mamy się bać i lękać? Nerwowo spoglądać przez okno czy ciała niebieskie nie lecą nam na głowy jak tropikalny deszcz (po polsku wielka ulewa)? Zobacz co się dzieje w Słowie z tymi, którzy należą do Boga, którzy są Mu bliscy, bo chcieli być blisko Niego. W tym tumulcie i powszechnym zniszczeniu ci ludzie objęci są od razu wszechmocną opieką. Wysłani są aniołowie do opieki. A do walki z każdym, kto zechce tej świętej grupie coś zrobić staje najpotężniejszy w niebie. Jak mówi pierwsze czytanie – książę, czyli św. Michał Archanioł. On wie jak walczyć. Na początku czasów pod jego dowództwem wojsko anielskie strąciło z przestrzeni nieba całe piekło. Wielka opieka wśród Armagedonu! Czy masz się bać? Jeśli należysz do bliskich Boga, bo tego ciągle chcesz to nie. W Twoim sercu zagości wielki spokój wśród totalnego zniszczenia. Przejdziesz przez walkę „bez zadrapania”.

Piszę to dlatego, że taka postawa nie dotyczy tylko chwili totalnego końca rzeczywistości widzialnej. Czasami może Ci się wydawać, że nastał Twój osobisty koniec świata. Nakładające się bolesne doświadczenia, problemy, odejścia bliskich. Czy umiesz wtedy zastosować postawę człowieka Boga? Ze spokojem przejść przez tę ciemną dolinę? Bóg ma Cię w swoich dłoniach i bez zawahania wyśle archanioła do obrony. Tylko musisz Mu zaufać.

Sam początek…

To już 3 tygodnie odkąd jestem w Boliwii. Myślę, że czas napisać o moim początku tutaj. Długo się zbierałem, żeby skrobnąć coś na bloga o misjach. Dlaczego? To trudne do wytłumaczenia. Lądując 19.10. w Santa Cruz wkroczyłem w całkiem inny świat. Nie jest on gorszy czy lepszy. Jest bardzo odmienny. Przyjmuję masę nowych wiadomości i doświadczeń. Moja głowa jest pełna, dlatego nie potrafiłem siąść i napisać czegokolwiek o początku. Zresztą i teraz czuję specyficzne rozbicie i niemoc opisania tego wszystkiego.

18 października 2018 r. na zawsze pozostanie w moim sercu. To pożegnanie z rodzicami, gdy wchodziłem do pociągu do Warszawy, a kilka godzin później z Polską, gdy samolot startował. Na końcu rodzice nie potrafili ukryć smutku, gdy przyszedł czas rozstania. Jazda w pociągu to jedna wielka modlitwa wynikająca z mojego wzruszenia. Ciągła pokusa, która szeptała: „Jesteś głupi. Co ty w ogóle robisz?”. A w modlitwie słowa zapewnienia: „Jesteś w Moich rękach! Jedziesz tam, gdzie cię posyłam. Tam jest twoje miejsce”. Muszę przyznać, że ostatni tydzień w Polsce pełny był takich duchowych zmagań. Ale wiem jedno – występują one zawsze, gdy duchowo ma się stać coś bardzo dobrego. Szatan jest czujny i zawsze będzie walczył z tym, co ma być bardzo dobre. Piszę to też po to, Drogi Czytelniku, żebyś wiedział o takim zjawisku w Twoim życiu duchowym. Nie przejmuj się, kiedy masz dziwne myśli i obawy przed pojechaniem na rekolekcje, pójściem na adorację czy pomocą komuś. To nie są Twoje myśli a walka szatana o unicestwienie dobra. W takich chwilach tym bardziej powinieneś zrobić to, co zamierzyłeś.

„Jesteś w Moich rękach” ciągle brzmiało w mojej głowie w czasie całej podróży. I tak też było. Lot do Genewy i San Paulo bez problemów. Wszystkie formalności na Okęciu i w Genewie bez problemów. Lądując w San Paulo dowiedziałem się co oznacza latynoski kraj. Okazało się, że muszę odebrać walizkę i znów ją nadać, a potem zmienić terminal w gąszczu setek osób. I celnicy bardzo zdziwieni: „Jak to pan leci z Brazylii do Boliwii? Lata się w odwrotną stronę”. Jednak srogie miny i szybkie pytania kończyły się, kiedy pytali o zawód. Odpowiadałem, że jestem misjonarzem. Widziałem wtedy wielki uśmiech i szybko oddawany paszport. Może dlatego, że Brazylijczycy są mocno przywiązani do Kościoła? Reasumując, owszem, były te wszystkie perturbacje w San Paulo, ale jestem pewien, że to z Bożą pomocą pokonywałem je bez większych problemów. Po dwóch godzinach siadłem przy swojej bramce w oczekiwaniu na samolot do Boliwii.

Santa Cruz przywitało mnie deszczem i oczywiście wielką wilgotnością. Nie znałem tego zjawiska w tak wielkiej skali, w jakiej tutaj występuje. W momencie wilgoć oblepia cię i sprawia, że twoje ubrania zaczynają być powoli mokre i przylepiające się do ciała. Po 3 tygodniach życia tu wiem, że da się z tym funkcjonować. Wiadomo – to tropik. Przywitałem się gorąco z ks. Marcinem, który od 2 lat jest w Bulo Bulo i sprawuje tu funkcję proboszcza. Jest on oczywiście z diecezji siedleckiej a w seminarium byliśmy razem na roku. Siedzieliśmy nawet w jednej ławce na wykładach. Wsiedliśmy do naszej kilkunastoletniej Toyoty (oczywiście „jeepa”) i mimo zmęczenia po podróży zacząłem obserwować kraj. Pierwsza rzecz to ruch drogowy. Jechaliśmy na zachód drogą, która jest dopiero w fazie tworzenia. Łączy ona dwa ważne i duże miasta – Santa Cruz i Cochabambę. Pisałem już, że wszystko jest inne więc inna też jest kultura jazdy. Tu nikt nie przejmuje się zbytnio innymi uczestnikami ruchu. Jeździ się bez kierunkowskazów albo z włączonymi cały czas. Pasów się nie zapina. Wewnątrz samochodu jedzie tyle osób, ile się zmieści. Czasem widać stary samochód kombi z otwartą klapą, bo siedzi tam kilka osób. Oczywiście ci ostatni jadą ze spuszczonymi nogami machając nimi. Raz widziałem kobietę jadącą w taki sposób, która jednocześnie karmiła dziecko. Co ciekawe, czasem kierowcy potrafią być uprzejmi i przez otwartą szybę machnąć ręką, żeby ich wyminąć. Generalnie, występuje coś w stylu wolnej amerykanki. Ale o dziwo to wszystko działa. 

Droga jest tworzona, dlatego co jakiś czas przejeżdża się odcinkami piaskowymi z wielkimi nierównościami. Co ciekawe, próbuje się ją robić z nowoczesnymi pomysłami, więc ma dwa pasy w jedną stroną i dwa pasy w drugą. Coś jak nasza ekspresówka. Jest tylko jeden problem. Boliwijczycy traktują ją jak dwie drogi i jeżdżą w różnych kierunkach mimo podziału. Istne szaleństwo.

Marcin powiedział, że to dobrze, że mamy w miarę blisko do Santa Cruz. To blisko – prawie 4 godziny jazdy. Ale tak się liczy odległości w Boliwii, która jest 3,5 raza większa niż Polska. I w takim czasie dotarliśmy do Bulo Bulo. Jak tu jest? Jak wygląda miasteczko i parafia? To już w następnym wpisie. Ktoś narzekał, że dodałem za długie wpisy o Hiszpanii. Może i racja. Pisząc to siedzę z chłodzącym mnie wiatrakiem. Na zewnątrz leje rzęsisty tropikalny deszcz, ale i tak jest sporo ponad 30 stopni ciepła. Pozdrawiam z gorącej Boliwii. Pamiętam w modlitwie.

 

 

XXXII Niedziela Zwykła 2018 r.

Dzisiejsze Słowo Boże zaprzecza niektórym modnym głosom, że chrześcijaństwo jest religią opartą na mężczyznach: bo Pan Jezus, bo Apostołowie, bo prorocy i patriarchowie w Starym Testamencie. Bardzo proszę – dziś w Słowie Bożym mamy dwie kobiety. Dla mnie to wielkie bohaterki o niesamowitej wierze. Skromne i ciche, ale z jaką mocą przemawiają swoją postawą. Jedna z nich to wdowa z Sarepty, która u progu śmierci głodowej swojej i syna dzieli się z prorokiem Eliaszem ostatnim pożywieniem. Bez żadnego wahania i zastanawiania się co będzie dalej. Druga to cicha, uboga wdowa, która, jak zapewnia nas Pan Jezus, wrzuca swoje ostatnie pieniądze na ofiarę dla ubogich. To są jedyne jej pieniądze na przeżycie. Ale się nie waha.

Myślę, że obydwie kobiety prezentują sobą to, co jest istotą chrześcijaństwa. One nic nie mówiąc głoszą postawę, która jest prezentowana w pełni przez Jezusa. Dlatego myślę, że żyją już Królestwem Niebieskim. Na tą wspaniałą postawę składają się dwa elementy. Pierwszy to miłość do innych, szczególnie do potrzebujących. To z takiej miłości, która nic nie chce w zamian te ubogie wdowy decydują się na, jakby nie było, heroiczne czyny. Drugi element to głębokie zaufanie Bogu. Po oddaniu wszystkiego co się ma i stanięciu w ten sposób nawet przed wizją śmierci one zostawiają wszystko w ręku Boga. On jest Tym, który gwarantuje im życie. Taka postawa zawsze skutkuje wielkim działaniem Boga. A jak widzimy w Słowie, On opiekuje się wtedy jak dobry i troskliwy Ojciec. Jak już napisałem, ta postawa objawia się w pełni w Jezusie. On z wielkiej miłości nie myśli o sobie tylko ponosi śmierć na krzyżu za nas wszystkich. Jednocześnie całkowicie ufa Ojcu, że właśnie taki jest plan zbawienia i że zakończy się on zwycięstwem. 

Osobiście strasznie bliskie duchowo są mi te wdowy. Prezentują to, czego ciągle mi brakuje. Miłość bez granic do innych oraz absolutne zaufanie do Ojca Niebieskiego. Zobacz, że wszystkie pokręcone rzeczy w naszym życiu oraz brak szczęścia i spokoju serca wynikają z tego, że nie mamy takiej właśnie postawy.

XXXI Niedziela zwykła 2018 r.

Dzisiejsze Słowo Boże jest bardzo fundamentalne w swoich pytaniach. Pokazuje pewną drogę rozwoju chrześcijańskiego. Drogę do zrozumienia Ewangelii i Kościoła. Jest to droga dla mnie o tyle osobista, bo sam na niej wzrastałem i ciągle dorastam.

W Ewangelii Jezus spotyka się z uczonym w Piśmie. Następuje zderzenie dwóch światów – Starego i Nowego Testamentu. Dwóch sposobów rozumienia Boga. Jakich?

Starotestamentalne rozumienie Boga opisane jest w pierwszym czytaniu. Mojżesz zwraca się do Narodu Wybranego przykazując, że mają bać się Boga i przez to tworzyć z Nim relacje. Mają przestrzegać przykazań, kochać Boga i bliźniego. Ale dlatego mają to wszystko czynić, bo Bóg jest straszny i jeśli tego nie zrobią, będzie kara. O zgrozo, cóż za nieciekawa propozycja relacji z Bogiem. Przypomina mi się jak moja zmarła prababcia, kobieta dobra i święta, wychowując mnie zawsze, gdy nadchodziła burza i słychać było grzmoty, mówiła, że „Bozia krzyczy na złych ludzi”. Zawdzięczam jej pierwsze modlitwy i rozmowy o Bogu. Ale w tym momencie była mała wpadka – ukazywała mi starotestamentowego Boga, którego trzeba się bać.

Ile razy myślałeś o tym, że musisz iść do spowiedzi, bo wreszcie coś Ci się stanie ze strony Boga? A najgorszym tekstem, jaki słyszałem nieraz na kolędzie było stwierdzenie rodziców do dziecka: „Jak będziesz niegrzeczny to ksiądz Cię zabierze”. Ksiądz to dla dziecka reprezentant Boga. Więc Bóg jest Tym, który zagraża. Obraz starotestamentowego Boga.

Pamiętaj, że Bóg w czasie coraz bardziej objawia się człowiekowi. A najbardziej pokazał się w swoim Synu, Jezusie. Jest to obraz Boga, który niesamowicie kocha i dba o człowieka. W drugim czytaniu autor Listu do Hebrajczyków mówi wprost, że Jezus z miłości poświęcił się cały dla każdego z nas. Takiego Boga nie należy się bać i obawiać, tylko poznać Jego miłość i odpowiedzieć swoją gorącą miłością. To jest prawdziwy obraz Boga. Owszem, Boga mocnego i sprawiedliwego, ale jednocześnie przeogromnie kochającego.

Dzisiejsze Słowo to pytanie o fundament Twojej wiary. Jeśli wierzysz, bo się obawiasz i boisz to nie jest to pociągające. Łatwo jest zrezygnować i odejść. Ale jeśli wierzysz i kochasz, wszystko staje się proste. Modlitwa i Eucharystia to przemiłe spotkania. A ogrom miłości Boga, którą wpuszczasz do swojego wnętrza rozpływa się nie tylko w Tobie, ale także przelewa się na inne osoby. Powoli zaczniesz kochać przez to każdego człowieka.

XXX Niedziela Zwykła 2018 r.

Dzisiejsze Słowo Boże przesiąknięte jest motywem czekania. Czekania nie w krótkim okresie czasu, ale latami. Myślę, że można nazwać ten stan nie czekaniem a już oczekiwaniem. Bo jak nazwać sytuację Izraelitów z pierwszego czytania? Ci ludzie po ich rozproszeniu po różnych krajach przez wrogów z utęsknieniem czekają na lepsze jutro. Są wśród nich kobiety w ciąży, niewidomi i niepełnosprawni. Ale przede wszystkim oni wszyscy są uchodźcami, którzy nie maja swojej ojczyzny.

W drugim czytaniu pokazany jest Jezus jako Syn Boży, który żył wśród ludzi i był dla ludzi. Myśląc o życiu Jezusa bardzo często nasuwa mi się myśl,  ile musiał mieć cierpliwości, żeby oczekiwać na rozpoczęcie konkretnej misji zbawienia ludzi. 30 lat oczekiwania. Do tego czasu zwyczajne ukryte życie.

W Ewangelii widzimy niewidomego spod Jerycha. Nie wiemy kiedy ten człowiek stracił wzrok. Spodziewamy się, że to są długie lata w stanie niepełnosprawności. I to takiej, która popchnęła go do nędzy. Wtedy nie było opieki społecznej, fundacji. Nikt się nim nie zajmował. On tylko czekał z dnia na dzień na to, że coś może się zmieni.

Sytuacja we wszystkich 3 czytaniach jest podobna najbardziej w tym, że oczekujący mają wielkie zaufanie do Boga. Oczekują i wierzą. Naród Wybrany,  który doczekuje się interwencji Boga, który znów pozwala im wrócić do kraju. Jezus, który ze spokojem żyje w Nazarecie, wiedząc, że Ojciec wskaże Mu odpowiedni czas wyjścia z cienia. I niewidomy, który musi wierzyć Bogu, gdyż gdy tylko usłyszał, że przechodzi Mesjasz – Syn Boży krzyczy w niebogłosy. Bo wiedział, że oto idzie ratunek. Oczekiwanie we wszystkich tych sytuacjach opłaca się. W końcu Bóg przychodzi, wybawia i zbawia.

Jak każdy dziś jesteś człowiekiem, który potrzebuje natychmiastowych wyników. Tak kształtuje naszą mentalność świat, który nas otacza. Jednak przenosimy ją także na sferę ducha. Modlimy się i oczekujemy natychmiastowych efektów od Boga. Zobacz, ile razy lekko lub mocniej gniewałeś się na Boga, czasem nawet lekko wątpiąc w Niego. Patrz na dzisiejsze czytanie. Na działanie Boga bardzo często trzeba w zaufaniu oczekiwać. To sprawa miesięcy czy lat. On na pewno rozwiąże każdą sprawę,  bo jest kochającym Ojcem. Ale daj Mu czas, pozwól Jemu działać. Myślę, że w tym uczy nas głebokiej wiary w Niego. A przecież dzięki wierze będziemy zbawieni. Uczeń Boga to człowiek oczekiwania z jasnością patrzący w przyszłość, raczej tą daleką niż bliższą.

Piszę to dlatego, że sam zaczynam przeżywać czas oczekiwania połączony z zaufaniem. W Boliwii mamy 4 miejsca, gdzie spotykamy się z ludźmi. Mimo że głoszenie Słowa Bożego i udzielanie sakramentów dzieje się dzięki misjonarzom od wielu lat to wydaje się, że oddźwięk wiary Boliwijczyków powinien być większy. W ciągu tygodnia bywa, że Eucharystia jest z udziałem naszych sióstr i jednej lub dwóch osób świeckich. W niedzielę osób też jest zbyt mało jak na dość dużą miejscowość jaką jest Bulo Bulo. W zeszłą niedzielę sprawowałem Eucharystię na boisku sportowym dla grupki dzieci. Po ludzku to trochę bez sensu. Ale patrząc na dzisiejsze Słowo wiem, że my misjonarze musimy z wiarą oczekiwać. Czyli być dalej i z tymi ludźmi. Jakie ma być rozwiązanie oczekiwania? Nie wiem i nie chcę pisać Bogu scenariuszy, bo to głupie. Może przebudzenie wiary kiedyś u większej liczby ludzi. A może mamy być dla tej grupki nielicznych. Oddaję to Panu i próbuję oczekiwać nawet latami.

XXIX Niedziela Zwykła 2018 r.

Rozważając to Słowo Boże mam w sercu uwielbienie i zachwyt jak wspaniałego i niesamowitego mamy Boga. Całość Słowa Bożego mówi, że On jest dla mnie w stanie zrobić wszystko. Jezus przychodzi nie po to, żeby być wielkim tego świata. Przychodzi na ziemię, żeby poznać życie człowieka, po to, żeby zrozumieć każdego z nas. Najlepiej mógł nas poznać przez doświadczenie cierpienia, które nosi właściwie każdy. Dlatego Jezus poniósł to cierpienie. Poznał nas dogłębnie. I przez cierpienie zbawił.

Wiem, że to, co napiszę może być dla Ciebie dziwne. Ale cierpienie, które masz (fizyczne lub duchowe) to miejsce Twojego spotkania z Bogiem. Tam odkryjesz swoją pokorę. Zrozumiesz, że nie jesteś bogiem dla siebie i dla innych. Zrozumiesz, że nie jesteś samowystarczalny. Jeśli zechcesz, zaczniesz szukać Tego, który wypełni Cię swoją mocą a cierpienie przestanie boleć. Bo przestanie być bezsensowne a obok będzie Ktoś wszechmocny.

Tak przeżywane cierpienie jest zbawcze. Widzimy dziś jak mówi nam o tym pierwsze czytanie. Kto poniesie swoje cierpienie, a ono będzie oczyszczające, wtedy dostanie wielką nagrodę. Zobaczy niegasnącą światłość – będzie zbawiony.

Pozdrawiam wszystkich z Boliwii. Słowo jest krótkie, bo ciągle jestem zmęczony po trwającej ponad dobę podróży. Ale ufam i wierzę, że zawiera prawdziwą esencję, która leczy i zbawia. Moje pierwsze wrażenia są takie, że to totalnie inny świat. Inna przyroda, pogoda, drogi, jedzenie i oczywiście ludzie. Czułem się bardzo obco. Jednak po niecałym dniu nauczyłem się jednego. Spowiadając dzieci przed pierwszą komunią i odprawiając Eucharystię poczułem się jak u siebie. Jak w domu. To Bóg jest Tym, który nas łączy i tworzy dom. I jak tu nie kochać Kościoła. Stoję naprzeciwko kogoś bardzo innego a przez Jezusa jesteśmy tak bliską rodziną.

Już niedługo więcej o Boliwii w specjalnym wpisie.

XXVIII Niedziela Zwykła 2018 r.

Zostały 3 dni do mojego wylotu do Boliwii, dlatego wpis ten będzie dosyć osobisty.

Uwielbiam ten fragment z Pisma Św. z Listu do Hebrajczyków, nasze dzisiejsze II czytanie. Słowo Boże jako miecz obosieczny, bardzo skuteczne – uderza i rozdziela dobrą Bożą tkankę naszego życia od nowotworu naszego grzechu i egoizmu. Jest mieczem obronnym przeciwko panu tego świata, którym jest diabeł. Używane z głębi serca jest bronią ofensywną, przed którą pierzcha każdy najbardziej zagorzały i czarny wróg Jezusa. Jestem facetem. osobiście kocham tą broń. To moja siła.

Piszę to, bo swego czasu Słowo Boże w wielkiej swojej mądrości i Bożym sprycie zaczęło mnie delikatnie pociągać, coraz bardziej interesować. Wczytywanie się i pytanie Boga co Ono oznacza zaczęło rodzić we mnie coraz więcej bardzo ważnych pytań. Ale pytań bieżących, dotyczących codzienności, nad którymi często się zamartwiałem. Każda Ewangelia daje tysiące ważnych myśli. Ciągle nowych. Zachwyciłem się i zakochałem. Zauważyłem, że mój zachwyt, absolutnie dzięki Ducha Św., mogę przenosić na innych głosząc homilie, konferencje, doradzając innym.

Mogę Ci dać dzisiaj przykład skuteczności aż do specyficznego, dobrego bólu miecza obosiecznego tego Słowa. 3 dni do zostawienia wszystkiego. Decyzja była już dawno, ale ciągle świdruje myśl, że pozbywam się wszystkiego. Całego dorobku mojego życia. Rzeczy materialnych i relacji z ludźmi tu. Bardzo często pięknych i bliskich. Wyzbywam się bliskości rodziny oraz również ukochanej Ojczyzny. Te myśli, dzięki działaniu diabła nurtują głowę i bolą. Słowo dziś od razu przecina więzy bólu i oczyszcza. Jezus mówi do Apostołów bardzo osobiście: „Zaprawdę, powiadam wam: Nikt nie opuszcza domu, braci, sióstr, matki, ojca, dzieci lub pól z powodu Mnie i z powodu Ewangelii, żeby nie otrzymał stokroć więcej teraz, w tym czasie, domów, braci, sióstr, matek, dzieci i pól, wśród prześladowań, a życia wiecznego w czasie przyszłym”.

Przepraszam, ale nie ma co komentować. Rana zalana bezpośrednią odpowiedzią.

Możesz, Drogi Czytelniku pomyśleć, że ten wpis jest tylko o mnie. Nie zgadzam się. Wiem, że poszukujesz wielu odpowiedzi. Szukaj ich w Słowie. Stawiaj wprost pytania, nawet o życie codziennie. Dostaniesz od razu. A miecz obosieczny z wielką mocą uzdrowi Twoje życie do końca.