Niedziela Palmowa 2019 r.

Niedziela Palmowa zawsze jest dniem, kiedy mam skrajnie różne emocje. Z jednej strony wiem, że zaczyna się wypełniać to, do czego prowadził mnie cały Wielki Post. Za chwilę Jezus siądzie do Ostatniej Wieczerzy, pójdzie się modlić na Górę Oliwną, a później sąd i śmierć. Z drugiej strony, kiedy stoimy na procesji z palmami serce jakoś się raduje, bo w końcu ta procesja jest na cześć triumfalnie wjeżdżającego Pana. W sercu jest radość obok smutku.

Zawsze w tym dniu myślę o tych wszystkich ludziach z Ewangelii, którzy rzucają palmy i płaszcze przed Jezusem. Manifestują swoją wiarę wykrzykując „Hosanna!”. Za kilka dni ci sami będą głośno krzyczeć z innymi: „Na krzyż z Nim!”. A przecież to ten sam Jezus. Zaledwie w kilka dni z Mesjasza stał się dla nich kimś, kogo trzeba zabić. Przerażające jest to, że to nie są ludzie, którzy są jacyś inni niż ja; że są skłonni do takich diametralnych rzeczy. To ludzie tacy jak każdy z nas. Myślę, że dzisiejsza Ewangelia ukazuje naszą naturę. Jak blisko nam do zdrady swojego Boga. Zobacz na Piotra i innych w czasie tych ostatnich dni Jezusa. Myślę, że musimy znać nasze skłonności po to, aby rozważniej wybierać w swoim życiu i by być blisko Jezusa. Wiesz dlaczego trzeba być blisko Jezusa? Powiesz, że Ty to nigdy Go nie zdradziłeś. A ja wiem, że Go nie zdradziłeś, bo chcesz być blisko Niego. A On daje Ci łaskę wiary i wierności. 

V Niedziela Wielkiego Postu 2019 r.

W sytuacji z dzisiejszej Ewangelii bardzo porusza mnie jeden fakt. Spokój Jezusa. Jest On bliski śmierci. Szukają na niego haków. Musi wypowiedzieć się przeciw misternie zaplanowanej propagandzie elit żydowskich. A On jest spokojny. Kiedy zostaje sam z kobietą delikatnie do niej mówi. Nie rusza Go wcześniejszy ogrom nienawiści, a tym bardziej ogrom biedy osoby, którą chcieli zabić za cudzołóstwo. Mówi: Ja też Ciebie nie potępiam, masz nowe życie. Nie popsuj tego.

Kiedy grzeszymy i upadamy w jakieś duchowe bagno to póżniej miotamy się i robimy tragedię. Myślimy, że Bóg jest na nas zły, obrażony, sfochany i nie chce nawet w naszą stronę spojrzeć. Szykuje karę w postaci jakiegoś nieszczęścia lub wojska niebieskiego, żeby sprać nam… skórę. Nic bardziej mylnego. Bóg w spokoju czeka na Ciebie. Wie, jaki jesteś. Smuci się i boleje,że się skrzywdziłeś, ale wciąż Cię ogromnie kocha. Czeka tylko aż do Niego przyjdziesz i z zaufaniem spojrzysz Mu w oczy. To dokonuje się podczas każdej spowiedzi. To spotkanie z Miłością. Bóg ze spokojem mówi wtedy: Idź i proszę, nie grzesz więcej. 

IV Niedziela Wielkiego Postu 2019 r.

Dziś przed Mszą w naszej kaplicy w Rio Blanco pomyślałem, że ta Ewangelia jest pierwszą, jaką pamiętam ze swojego dzieciństwa. Nie wiem ile miałem wtedy lat. Pięć, sześć, może siedem? Stałem z rodzicami w kościele i kminiłem o co chodzi z tymi braćmi. Moje pierwsze zetknięcie się z Ewangelią. I bardzo dobrze, bo ta Ewangelia mówi tak dużo o Bogu. Pokazuje jaki jest i jaki jest w stosunku do nas. Myślę, że zrozumienie tego prowadzi do dobrej wiary – do sytuacji, kiedy wiara wypływa z miłości a nie wpada w kierat obowiązków pod tytułem „muszę” i „trzeba”. 

Odnosząc się do tego odkryliśmy z bierzmowanymi nowy termin na naszych spotkaniach. Mówiliśmy, że wiara może być tylko obowiązkiem. Wtedy jest nudno i bez sensu. Piszę ich wyrażeniami. Ale jak się Boga kocha i jest Osobą, z którą się spotykasz i która zawsze Cię kocha i akceptuje to rodzi się wiara, w której wszystko się chce. Nazwaliśmy, że ta wiara to jest buena fe – dobra wiara. Robimy wszystko, żeby nasza wiara przemieniła się w buena fe. To znaczy słuchamy tego, co mówi do nas Bóg.

Dzisiejsza Ewangelia w tym świetle pokazuje genialność Boga. Kto nie tylko wysłucha, ale i usłyszy stwierdzi: Takiego Boga to ja chcę mieć. Wiem, że zawsze jestem przez Niego kochany i chcę go kochać. I się pojawia buena fe. Rzeczywiście, spójrz w tej przypowieści na Ojca, który, jak wiemy, symbolizuje Boga. Ojciec zawsze czeka. Jeśli wybiegł przed dom powitać marnotrawnego syna to znaczy, że zawsze go wypatrywał. Dzień za dniem. Tysiące spojrzeń w okno i tyle samo zatrwożeń przy każdym ujadającym psie – To może on? Ojciec kocha syna ponad wszystko. Dopełnia to obraz spotkania. Ojciec widzi brudnego, śmierdzącego syna w łachmanach. Ale nie pyta co się stało i nie rozlicza z połowy majątku, którą powinien zainwestować. On bierze go i wprowadza do domu. Daje szatę i robi imprezę. Nic nie jest ważne, poza jednym. Wystarczy, że wrócił. Czy taki Ojciec nie rodzi dobrej wiary? Czy nie chcesz z Nim być ciągle w relacji? I co najważniejsze, czy pracujesz, by już nie robić wielkich głupstw jakimi jest odejście i przegranie wszystkiego?

III Niedziela Wielkiego Postu 2019 r.

Dzisiejsze Słowo byłoby ostre i bolące, gdyby ograniczyć się tylko do Ewangelii. Jednak Bóg nie tylko mówi przez Ewangelię, ale także przez całą liturgię Słowa. Owszem, boli, że jak nie wydasz owocu to Cię w końcu wytną. Boli, iż jesteśmy takimi samymi grzesznikami jak inni. Czasem nasze myśli rzeczywiście biegną w ten sposób, żeby myśleć, że jak kogoś dotyka tragedia to znaczy, że prowadził się źle. Jezus dzisiaj stwierdza wprost, że jesteśmy identycznymi grzesznikami. Więc po co Ewangelia tak mocno się z nami obchodzi? Jezus rozbija mur Twojego serca. Chce Cię obedrzeć z ułudy, że jesteś dobry a inni są źli. To boli, ale z drugiej strony jest pierwszym krokiem do nawrócenia. Człowiek, który dotyka dna swojej moralności w myśleniu, że sam może być dobry, święty i samowystarczalny jest prawie murowanym kandydatem do bycia najbliższym Bogu. Tylko w tym absolutnym bankructwie musi krzyknąć do kochającego Ojca: Chcę do Ciebie! Sam nie potrafię! Zaczyna się prawdziwe i zbawcze nawrócenie. Jezus obiera Cię boleśnie ze złudzeń, że jesteś dobry. Ale czyni to wszystko dla Twojego dobra.

W pierwszym czytaniu widzimy Mojżesza. Spotkał Boga w bardzo ciekawym miejscu swojego życia. Jest absolutnym życiowym bankrutem. Żyje w obcym kraju. Sam nie wie kim jest – czy Egipcjaninem, bo wychował się na dworze faraona czy Izraelitą, bo taka płynie w nim krew. Generalnie oba narody by się do niego nie przyznały. Jest uchodźcą, bo zamordował człowieka. Jest dorosłym mężczyzną, ale nic nie posiada, bo pracuje, o zgrozo…u swojego teścia. Gorszym zajęciem byłoby już chyba tylko zmywanie u teściowej. Ale trzeba przyznać, że być pasterzem u ojca swojej żony to bardzo słabe. Poza tym dotyka go inna słabość, bo nie potrafi się wysłowić – bardzo się jąka. Dlatego takiego Mojżesza Bóg stawia przez sobą rozmawiając. Mojżesz, chodząca słabość, rozmawia z Bogiem praktycznie twarzą w twarz a Bóg zdradza mu swoje imię. 

Tylko człowiek, który uzna swoją słabość, grzeszność i niewystarczalność może spotkać swojego Boga. Bo sam przestanie być dla siebie bogiem. Ewangelia nie jest torturą. Jest bolesnym pierwszym krokiem do nawrócenia i spotkania Tego, który kocha ponad wszystko.

II Niedziela Wielkiego Postu 2019 r.

Marzenie wielu wierzących i przekleństwo dla zideologizowanych ateistów – zobaczyć Boga twarzą w twarz. My, Jego uczniowie mamy zapewnienie, że nastąpi to po naszej śmierci. Ale my marzymy o tym, co teraz. Chociażby tak jak Abram w pierwszym czytaniu. Zobaczyć przynajmniej jakiś cud, który świadczy wprost o Jego obecności i żeby nie można byłoby przez chwilę zwątpić, że to Wszechmocny. Tyle spraw byłoby wtedy rozwiązanych. Nie wątpiłby nikt a wiara byłaby taka łatwa. No właśnie! Jak zobaczyłbyś Boga to już nie wiara. Nie mógłbyś powiedzieć: Wierzę w Boga. Musiałbyś powiedzieć: Mam wiedzę, że Bóg jest, bo sam widziałem. Wiedza zastąpiłaby wiarę. A Słowa w Piśmie Świętym mówią: „Sercem przyjęta wiara prowadzi do usprawiedliwienia, a wyznawanie jej ustami – do zbawienia.” (Rz 10,10). Czy bylibyśmy zbawieni?

Piszę to, bo wiele osób marzy, a czasem wręcz biega w szukaniu cudów po to, żeby potwierdzić swoją wiarę. Zawsze wspominam pewną sytuację. U mojego kolegi księdza w parafii odbywają się Mszę Święte z modlitwą o uzdrowienie. Kiedyś dzwoni do niego pewna pani mówiąc, że jest z daleka. Istotą jej rozmowy było to, żeby powiedział czy mają udokumentowane uzdrowienia podczas tej Mszy, bo nie wie czy przyjeżdżać. Gdzieś w nas istnieje przemożna chęć dotknięcia wprost Boga. 

Dziś taka ekspozycja Boga w swojej chwale dokonuje się w historii ewangelicznej, której doświadczają trzej uczniowie. O szczęśliwcy, każdy z nas by powiedział. Ale czy naprawdę Bóg nie daje nam się duchowo dotknąć w wielu miejscach swojego Kościoła? Czy nie mamy cudu nad cudami, jakim jest Eucharystia, gdzie Twój Mistrz na ołtarzu umiera za Ciebie i zmartwychwstaje a potem chce, abyś Go spożył (powiedzmy to wprost: zjadł), bo tak bardzo chce być blisko Ciebie? W sakramencie pokuty dotyka i oczyszcza Twoje serce. Na modlitwie czule potrafi obejmować z akcepcją i szeptać najlepszy plan na Twoje życie.

Spytasz: Dlaczego tego nie czuję?! Czytam właśnie książkę „Ogień w moim sercu” autora, którego słuchałem z wielkim zainteresowaniem na warszawskim spotkaniu „Serce Dawida”. To Johanes Hartl, doktor teologii i ewangelizator, ale przede wszystkim organizator i twórca Domu Modlitwy w Niemczech, gdzie ludzie modlą się 24 godziny na dobę 7 dni w tygodniu. On opisując ten problem nieczucia duchowego Boga opowiada jedną z historii swojego życia. Kiedyś ojciec wziął go do słynnej winnicy. Tam właściciel dał im kieliszek wina i kazał spróbować. Młody Johanes poczuł, że wino jest dobre, ale niczym nie różniło się od droższych win, które kupował na specjalne okazje w Lidlu. Za to właściciel zaskoczył ich totalnie mówiąc o wielkiej cenie tego wina i wymienił wiele nut smakowych, które w nim czuje: truskawki, wiśnie, kwiaty, dżem truskawkowy, banan, chleb tostowy, świeżo parzona kawa. Johanes był zadziwiony, bo czuł tylko dobre wino. Właściciel winnicy wytłumaczył mu, że to się czuje kiedy ma się wyćwiczone kubki smakowe. Trzeba wielu lat smakowego obcowania z tymi trunkami, żeby doświadczać później różnych nut rozkoszy tego szlachetnego trunku.

Nie czujemy duchowo Boga, bo nie obcujemy z Nim. Uciekamy przed rozmową, bo diabeł wmówił nam, że to głupie, staromodne i nieskuteczne. Świat tak zajął naszą głowę, że nawet w czasie Mszy nie jesteśmy świadomi,  Kto tak naprawdę jest naprzeciwko nas. Jeśli chcesz doświadczyć Boga, zacznij ćwiczyć swoje duchowe odczuwanie. Powoli próbuj smakować obecności Bożej w osobistej modlitwie, Eucharystii i Adoracji. Z czasem w tych ćwiczeniach duchowych rozsmakujesz się i zaczniesz słyszeć Boga, który delikatnie mówi i rozpoznasz w tym realne nuty świętości, wszechmocy i wielkiej miłości.

I Niedziela Wielkiego Postu 2019 r.

W naszej parafii w Bulo Bulo chcemy rozpocząć godzinną Adorację Najświętszego Sakramentu w każdą niedzielę po Mszy św. wieczorowej. Chcemy w ten sposób wejść w treści wielkopostne i prosić o przemianę naszych serc, ale także ludzi, którzy w naszej parafii są daleko od Boga, który jest źródłem wszystkiego co dobre. Szczególnie teraz doświadczam smutku braku Boga w życiu ludzi, wśród których jestem. Mamy już Wielki Post a w naszym mieście dalej trwa karnawał. Codziennie wieczorem brzmi muzyka i ludzie tańczą. Pytałem kiedy zakończą karnawał, żeby wejść w poważne i ważne treści Wielkiego Postu. Odpowiedziano mi, że być może w najbliższą niedzielę. Dobre i to – pomyślałem.

Dlaczego Adoracja? Dziś Bóg daje nam Ewangelię o kuszeniu Jego Syna. Słowo mówi, że to Bóg chciał się z Nim spotkać na pustyni. Jezus jest przed swoją działalnością i za chwilę zrobi wszystko, aby zbawić ludzi. Musi być silny. Więc idzie tam, gdzie jest źródło siły nad siłami, tj. na osobiste spotkanie ze swoim Ojcem. Rozmowa twarzą w twarz z Wszechmocnym powoduje ogromny potencjał dobra, świętości i siły duchowej. Pokazuje to Ewangelia, gdzie szatan kusi Jezusa. Sięga po najbardziej pociągające pokusy: zaspokojenie swoich potrzeb bez wysiłku, władzę i karykaturę ufności do Boga. Jezus nawet przez chwilę nie rozważa tych pokus. Od razu je odrzuca pokazując ogromną siłę wypływającą z bliskich relacji z Ojcem. Adoracja to właśnie takie relacje które, nawiązujemy z wszechmogącym Bogiem.

Zaczęliśmy Wielki Post a on zawsze niesie za sobą 3 bardzo ważne rzeczywistości: modlitwę, post i jałmużnę. Jakbyś wszedł w głębię tych rzeczy to zobaczysz, że zawsze prowadzą one do osobistego spotkania z Bogiem. Bo czymże jest modlitwa jak nie wspólną rozmową? Post pozwala oderwać się od rzeczy tej ziemi i zobaczyć, gdzie nasze serce tak naprawdę zdąża i gdzie znajdzie szczęście. Jałmużna pozwala zobaczyć w najbiedniejszych cierpiącego Boga. Jeśli pójdziesz tymi trzema drogami, zawsze spotkasz Najdroższego Ojca Niebieskiego.

Dlatego Adoracja, bo wszystko, czego chce Pan Bóg to spotykać się z Tobą. Dać Ci wielkie siły do zmagania się ze złem i pokusami. Chcę, żebyś zobaczył zupełnie inną przestrzeń rzeczywistości, gdzie jesteś w pełni kochany i akceptowany. Tylko Ty i On. Twarzą w Twarz. Czego chcieć więcej? 

VII Niedziela Zwykła 2019 r.

Widzieć dalej niż nasz fizyczny wzrok sięga. Czasem miałem tak w swoim życiu, że po cichu wyrabiałem sobie niezbyt pochlebną opinię o kimś, nawet wtedy, gdy wydawało się, że miałem ku temu silne podstawy. Po jakimś czasie było mi wstyd za to myślenie. Dowiadywałem się o problemach tej osoby, które warunkowały jej zachowanie. A czasem odkrywałem, że poznając bliżej jest to naprawdę dobra osoba. Zawsze wtedy wyrzucam sobie, że przecież Jezus mówił: „Nie sądźcie, abyście nie byli sądzeni!” Ale myślę, że jako chrześcijanie trzeba nam też widzieć dalej i więcej.

Widzieć dalej niż tylko nasze myślenie ziemskie to przesłanie dzisiejszego Słowa. Perfekcyjnie wręcz wprowadza nas w to pierwsze czytanie. Mówi ono nam o trudnych początkach drogi króla Dawida. Pamiętamy jego walkę z Goliatem. Dzięki niej stał się najsłynniejszym człowiekiem w Izraelu. A królem był wtedy Saul. To król odbiera największy hołd. Kiedy w swoim geniuszu militarnym wynikającym z opieki Boga, Dawid jako dowódca wygrywa kolejne bitwy i wojny, zaczyna się problem zazdrości u Saula. Saul patrzy jak człowiek tylko tej ziemi. Nieważne, że Izrael jako państwo rośnie w wielką siłę dzięki Dawidowi. W jego sercu rodzi się zazdrość a potem nienawiść do Dawida. Słuchając Słowa w I czytaniu jesteśmy w chwili, gdy nienawiść tak opanowała jego serce, że udaje się w pościg, aby zabić Dawida. Role się odwracają i widzimy jak dzięki opatrzności Bożej to Dawid stoi nad śpiącym, prześladującym go królem. Ma wiedzę, że Bóg go przeznaczył, aby także spełniał władzę królewską nad Izraelem. Jego towarzysze – żołnierze namawiają go do aktu zemsty i odebrania władzy królewskiej Saulowi. Jednak Dawid widzi więcej i dalej. Wie, że morderstwo nie jest godne człowieka Boga. A zemsta kala osobę. Mówi wtedy bardzo ważne słowa. Nad wszystkim jest Bóg więc chciał, żeby i Saul królował. I to niech Bóg rozwiązuje problem zapowiedzi, że Izrael ma mieć króla Dawida. Widzi więcej i dalej. Nie załatwia spraw na własną rękę, nie daje się ponieść pokusie zemsty. Odchodzi.

Historię tę uzupełnia św. Paweł, który wprost mówi, że jako chrześcijanie nie możemy tylko myśleć jako ludzie ziemscy, bo mamy też w sobie człowieka duchowego, który narodził się podczas chrztu i odradza się ciągle przez wiarę i sakramenty. Człowiek duchowy widzi dalej przez jasność Słowa Bożego. Ewangelia mówi o miłości wrogów. Nie da się tego zrobić, gdy nie ma we mnie człowieka niebieskiego, który widzi dalej. Jeśli w relacjach pozostanę na poziomie Saula to dam się tak omotać nienawiści aż do czynów ekstremalnych. Jeśli wyjdę poza człowieka tej ziemi, dzięki mocy Bożej spojrzę na człowieka, który mi coś zrobił jak zrobił to Dawid. Gorąco modląc się, żeby Pan poprowadził te ciężkie relacje. Zauważ, że nieważna jest w złych relacjach obrona mojego „ja” za wszelką cenę. To zasieje dużo zła, nienawiści i odbiera jakikolwiek spokój. Kiedy spojrzysz dalej oddając to Panu, będziesz umiał z ciepłym uśmiechem spojrzeć w oczy Twojemu „wrogowi”. Bo Pan to rozwiąże. I pomyślisz, że nawet ten człowiek warty jest Twojego zrozumienia i sympatii. Nie do zrobienia i niedorzeczne? Czyżby?!

VI Niedziela Zwykła 2019 r.

W czasie śmierci Jezusa na Golgocie zasłona w Świątyni Jerozolimskiej rozdarła się odsłaniając to, co było ukryte. Było to miejsce najświętsze, o którym mówiono, że jest to przestrzeń należąca do Boga. Mógł tam wejść tylko raz w roku wybrany kapłan, i to w dodatku na krótko. Bóg w momencie największej walki o człowieka, kiedy umiera Jego Syn odkrywa wszystkie karty. W momencie wypełnienia się ofiary Jezusa nie ma już ekstremalnego podziału na przestrzeń Boga i człowieka. Bóg przychodzi i chce być z każdym człowiekiem bardzo blisko.

Jak moment śmierci i zmartwychwstania jest ważny w historii świata? Te trzy dni, najpierw bolesne a później radosne, pokazują, że świat nie jest już ten sam. Kiedy myślę co było najbardziej przełomowym momentem dla świata to dla mnie odpowiedź może być tylko jedna. Nie jest to powstanie materii czy stworzenie człowieka, ale właśnie śmierć i zmartwychwstanie Jezusa. To moment, kiedy wszechmocny i wiecznie będący Bóg, Stworzyciel wszystkiego, wychodzi do człowieka tak mocno, że go usynawia. Wpuszcza go do swojej przestrzeni.

Ja wiem, że to, co napisałem jest trudne i filozoficzno-teologiczne, ale jest niezbędne, abyśmy zrozumieli, że będąc uczniami Jezusa jesteśmy ludźmi Jego śmierci i zmartwychwstania. Jest to coś najważniejszego dla nas, to wyznajemy i powinno to być motywem napędzającym całe nasze życie.

Dziś Słowo Boże mocno to podkreśla. Św. Paweł mówi, że uczeń Chrystusa to ktoś, kto idzie śladami Mistrza i nie boi się iść tą drogą. Nie boi się śmierci, bo ona później przynosi zmartwychwstanie. Wszyscy rzeczywiście należący do Jezusa nie boją się umierać cierpiąc głód, prześladowanie i płacz z powodu wyznawania Ewangelii. To prowadzi do zmartwychwstania. I chociaż ludziom wydaje się, że to absolutnie głupie to oni są jak drzewa zasadzone nad rzeką. Ich korzenie, które dają życie czerpią z Jezusa a to da im później zmartwychwstanie. Gorzej, jeśli zapominamy kim jesteśmy i zaczynamy inwestować tylko w to ziemskie życie szukając za wszelką cenę samozadowolenia. Będziemy jak krzew na pustyni, który pożyje chwilę i prędzej czy później umrze. Poza tym słaba jest perspektywa bycia taką rośliną. Żyje się na pustyni duchowej, która, nie oszukujmy się, boli.

Znów przechodzimy niżej. To wszystko ma przełożenie także na Twoje życie codzienne. Jeśli jesteś z Jezusem, to potrafisz nie bać się umierać, bo wiesz, że jak zrobisz to z Nim, zmartwychwstaniesz. Nasza śmierć codzienna to różne problemy, złe relacje z ludźmi, nałogi Twoje lub bliskich. To boli, bo zabija Cię, Twoje serce. Jednak przeżywana z Jezusem prowadzi do zmartwychwstania. Może nie dokładnie po trzech dniach. Cierpliwości. Ono na pewno przyjdzie. Piszę to z własnego doświadczenia. Niełatwego, bo ciągle uczę się umierać z Jezusem i nie uciekać od  tego w egoizm, depresję czy bunt i walkę. Ale kiedy dzięki Jego umocnieniu przyjmuję tą śmierć, zawsze przychodzi zmartwychwstanie zaskakując swoją wielkością.

V Niedziela Zwykła 2019 r.

Moja grzeszność i zło a z drugiej strony świętość i miłość Boga. Dla Ciebie przepaść bez dna. Dla Niego nieznaczna rysa, o której można szybko zapomnieć. Czasami sami pogłębiamy tą przepaść koparką ofiarowaną nam przez diabła. Na boku ma ona napis: Moje głupie i kłamliwe myślenie o sobie i Bogu. Kopiesz i całkiem tracisz nadzieję na spotkaniem z Panem, który ma wszystko czego potrzebujesz. Powiem szczerze, że mam wiele rozmów z ludźmi, gdzie na słowa o miłosierdziu Bożym i o rozpoczęciu nowego życia chowają się do skorupy swojego „ja” jak nasz boliwijski żółw na boisku naszego internatu, gdy mnie zobaczy. Gdzieś w głębi nie wierzymy, że możemy być absolutnie godni Pana Boga. Wtedy zaczynają się sprytne uniki, aby nie spotkać się z czystą Miłością.

Pierwszą część tego schematu prezentuje nam dziś liturgia Słowa. Prorok Izajasz i św. Piotr w Ewangelii przestraszeni szepczą: Co ja tu robię? Nie mogę być w przestrzeni Boga. Panika i obawa o siebie. Izajasz jest oczyszczony przez działanie Boga. Św. Paweł mówi wprost nam, że był mordercą i prześladowcą, ale Jezus umarł za to na krzyżu więc jest godny być bardzo bliską osobą Boga. A do św. Piotra, który drży przestraszony podchodzi Jezus. Gdy rozważam tą Ewangelię widzę jak Jezus śmieje się w środku a uśmiecha się tajemniczo. Mówi: To jest cud? Ty ludzi będziesz łowił. Chce Piotrowi przekazać, że to początek Bożej jazdy bez trzymanki na polu głoszenia Ewangelii i budowania Kościoła. Będą czasy, że Piotr otworzy buzię, żeby powiedzieć o Jezusie, który umiera za wszystkich i zmartwychwstaje i nawrócą się tysiące. Będzie czas, że jego cień padnie na chorych i będą uzdrowieni. Jezus dlatego patrzy na swojego umiłowanego Piotra i śmieje się gdzieś w środku. 

Wiesz na czym polega wielkość Izajasza, św. Pawła i św. Piotra? Nie na osobistej świętości. Ich świętość polega na tym, że czując swoją absolutną grzeszność nie uciekali przed prawdą, że mogą być godni samego Boga. Kiedy zrobili krok, czując się godni, nad grzesznością, która była dla nich przepaścią a dla Boga niewyraźną rysą, zostali oczyszczeni i napełnieni Duchem Świętym. Każdy wskoczył na drogę wielkich dzieł w swoim życiu.

Nigdy nie zostawaj na poziomie, że jesteś niegodny Boga, bo zaczniesz uciekać i kombinować. Przestaniesz regularnie się spowiadać, modlić aż do negacji Boga i Kościoła. Czuj się godny. Niech spowiedź nie będzie czymś poniżającym jak Ci wmawia najgorszy wróg. To miejsce przekraczania grzechów, spojrzenia Ojcu w oczy, który mówi w rozgrzeszeniu: Oczyszczam Cię i chcę Cię oczyszczać zawsze. Nawet miliony razy. Bo jesteś moim Synem\Córką. I jesteś stworzony do wielkich rzeczy.

IV Niedziela Zwykła 2019 r.

W Boliwii istnieją jeszcze samosądy. Jest to niepisane ”prawo” społeczne, które mówi, że jeśli kogoś złapie się na poważnym przestępstwie można go ukarać odbierając mu życie. Straszne prawo.

To, co dziś widzimy w Ewangelii to próba samosądu. Jezus mówi w swoim mieście Ewangelię a szatan działa po drugiej stronie barykady. Zasiewa wątpliwości. Mówi, że to przecież syn Józefa, to żaden Syn Boży. Podkręca tak mocno ziomków Jezusa, że oni chcą dokonać na Nim samosądu. Prowadzą Go nad urwisko po to, żeby Go stamtąd zepchnąć. Zastanawiający jest spokój Jezusa. Ociera się o śmierć a jednak pozostaje absolutnie opanowany. 

Wynika to z tego, że Jezus absolutnie czuje, że jest w obecności wszechmocnego Ojca, który Go kocha bez granic. I ufa, że poprowadzi tak Jego historię życiową, aby było jak najlepiej. Spokój Jezusa w obliczu samosądu to nauka zaufania, która wypływa z miłości do Ojca.

Ile jest w Twoim życiu obaw, strachu a nawet paniki? To odpowiedź na to wszystko, co krzyczy do Ciebie: ratuj się i uciekaj! Poznaj miłość Boga, którą w swojej idealności ukazuje dziś w II czytaniu św. Paweł. Zakochaj się w niej a to zrodzi głębokie zaufanie do Niego. Wtedy, jak mówi I czytanie, staniesz się kolumną żelazną przeciwko temu wszystkiemu, co każe Ci się bać.