23.03.2020 r.

Przez tą epidemię jesteśmy w tej samej sytuacji co człowiek z dzisiejszej Ewangelii, który choruje od 38 lat. Od bardzo długiego czasu robił wszystko co mógł, aby być zdrowym. Gdy woda poruszała w sadzawce, koło której był, pierwszy człowiek, który się w niej zanurzał odzyskiwał zdrowie. Nasz chory był zbyt słaby by być pierwszym. Ale robił wszystko co w jego mocy. Gdy już prawie całkiem opuściła go nadzieja z tyłu ktoś dotknął jego pleców z pytaniem czy chce być zdrowym. Był to Jezus, który od razu dał mu zdrowie.

Prawda jest taka, że i my dziś robimy wszystko, aby być zdrowymi. I to jest bardzo dobre. Kwarantanna, zakaz wyjścia, mycie rąk. Przestrzegaj tego! Ale czy jesteś świadomy, że za Twoimi plecami stoi Jezus, który Cię dotyka? Wystarczy zwrócić na Niego uwagę i poprosić o pomoc. Absolutnie nie zapominajmy o zaleceniach naszego rządu i przestrzegajmy tego skrupulatnie. Ale jednocześnie nie zapominajmy kto jest Panem wszystkiego i Kto stoi tak bardzo blisko i czeka tylko na naszą reakcję. On od razu zacznie pomagać.

Papież poprosił cały Kościół, aby jutro w dzień Zwiastowania w południe odmówić modlitwę Anioł Pański i Ojcze nasz oraz trzy razy Zdrowaś Maria. To dobra okazja, żeby poprosić Pana o zdrowie dla siebie, rodziny i całego świata.

Aiquile.

1 grudnia 2019 roku rozpocząłem pracę w Aiquile. Jest to przepiękne miasto położone wśród wysokich gór. Co ciekawe, jest też atrakcją turystyczną nie tylko dla zagranicznych turystów, ale także dla Boliwijczyków. Pracuję tu prawie 3 miesiąc i ciągle ktoś przed katedrą robi zdjęcia albo pyta czy nie możemy mu otworzyć świątyni. Kiedy mam czas z chęcią udostępniam i oprowadzam. Kilka razy zdarzyło się, że byli to ludzie z La Paz, Santa Cruz czy, wydaje się, niedalekiej Cochabamby. Dlaczego jest tak ciekawe? Bo jak już zaznaczyłem otoczone jest górami; bo bardzo straszna przeszłość miasta przemieniła się w piękną teraźniejszość. Tak jak w Ewangelii śmierć prowadzi do Zmartwychwstania i życia. Ponad 20 lat temu Aiquile nawiedziło potężne trzęsienie ziemi. Praktycznie zniszczyło całe miasto razem z katedrą. Pogrzebało ono wiele ludzkich żyć. Ludzie opowiadali mi, że widok miasta przypominał obrazy z apokalipsy. Wszystko było w ruinie i wszechobecnym pyle. Jednak z wielkim męstwem mieszkańcy rozpoczęli odbudowę swojego miasta. Nie ma co ukrywać z pomocą wielu ludzi z zagranicy. Dlatego dziś miasto wygląda jak nowonarodzone. Jest czyste i uporządkowane. A perełką jest katedra, która błyszczy szczególnym pięknem na zewnątrz i olśniewa sztuką rzeźbiarską w środku. Kiedyś do turystów ze stolicy Boliwii, La Paz, zażartowałem, że u siebie mają wszystko tylko nie tak piękny kościół jak w Aiquile. Po chwili zastanowienia stwierdzili: Masz rację, Padre. Ku mojemu zaskoczeniu. Innym walorem turystycznym jest to, że Aiquile jest stolicą charango. To nieduża boliwijska gitara o pięknym brzmieniu, czego doświadczam też w czasie Mszy. Młodzież z naszego chóru akompaniuje tym instrumentem. To tutaj wyrabia się ten instrument, sprzedaje najlepsze i organizuje się słynne festiwale charango. Ostatnim wydarzeniem, które ściąga turystów to fiesta parafialna. To opiszę w innym poście, gdy przeżyję ten, po polsku określając, odpust ku czci Matki Bożej Gromnicznej.

Od miasta przeszedłem w miarę płynnie do parafii, którą teraz zechcę w skrócie opisać. W mieście ma swoją siedzibę nasz biskup i z tego powodu nasz kościół należy do niego. Ma swoje specjalne wyeksponowane miejsce z herbem. Przez to też nasz kościół pod wezwaniem św. Piotra ma miano katedry. Jeżeli chodzi o czynnik ludzki parafia składa się jakby z dwóch odmiennych światów. Jeden należy do Aiquileńczyków z miasta. Mają oni bezpośredni dostęp do kościoła. Żyją w mieście i z tego co obserwuję, dobrze sobie radzą z codziennością. Mają sklepiki, rynek, usługi i transport międzymiastowy. Mówią w większości po hiszpańsku. 

Druga część zupełnie odmienna to campesinos. To ludzie żyjący w wioskach bardzo często położonych w wysokich częściach częściach gór oddalonych od Aiquille od 30 minut jazdy aż do 2 godzin. Drogi do tych wiosek są bardzo kręte i w pewnych miejscach niebezpieczne. Żyją oni bardzo biednie pracując na roli. Ziemia nie jest dla nich łaskawa co jest normalne biorąc pod uwagę wysokość nad poziomem morza. Pracują ręcznie lub przy pomocy zwierząt, jeśli je mają. Najczęściej nie mają elektryczności. Muszę przyznać, że są bardzo biedni. Aby kupić cokolwiek muszą iść wiele godzin pieszo do Aiquile. Wstępują wtedy na Eucharystię modląc się za zmarłych. Kobiety przynoszą ze sobą swoje dzieci, które noszą w specjalnych chustach. Mówią zazwyczaj w języku Indian, który nazywa się quechua. Młodzi przez to że dojeżdżają do nich nauczyciele mówią po hiszpańsku. Starsi nie mówią po hiszpańsku, ale rozumieją ten język, co pozwala mi ich na przykład spowiadać.

Praca nasza jako księży kiedy jesteśmy w mieście nie odbiega bardzo od pracy w Polsce. Mamy ministrantów i ministrantki, przygotowanie do I Komunii i bierzmowania oraz inne ruchy parafialne. Jednak w ciągu tygodnia wyjeżdżamy w góry do wiosek. Mi osobiście służy do tego stara, ponad 20-letnia Toyota, do której pakuję niezbędne rzeczy do Mszy. Zabieram ze sobą siostrę zakonną do pomocy i katechistę, najczęściej Don Zenona, który zna wszystkie wioski i drogi jak własną kieszeń. Osoby te są nieocenione w pracy w górach. Siostra przygotowuje Mszę św. zaś katechista w czasie gdy ja spowiadam katechizuje, a potem, jeśli trzeba, tłumaczy na quechua moje kazanie. Co ważne, wieziemy ze sobą dla tych ludzi różne rzeczy: ryż, makaron a nawet ubrania. Czasem paczka ryżu lub makaronu którą dostają jest jedynym posiłkiem w tym dniu dla rodziny. Dużo rzeczy pochodzi ze zbiórek, jakie robimy w mieście, ale trzeba przyznać, że większość z tych rzeczy kupujemy z ofiar ludzi z Polski. Takie wizyty nie są częste. W każdej wiosce jesteśmy 2-3 razy w roku. Wynika to z tego, że parafia Aiquile ma tych wiosek ponad 50 a obecnie pracuje w niej tylko dwóch księży.

Boliwia – rozpoczyna się rok II część 2.

Po perturbacjach związanych z lotem wylądowałem w zablokowanym Santa Cruz. Każda ulica była zablokowana, ludzie na ulicach. Z  ks. Marcinem udało nam się przedostać z lotniska do domu franciszkanów. Nie ma co ukrywać, mówiąc, że jesteśmy padres pozwalano nam podróżować dalej lub wskazywano objazd. W zablokowanym pół umarłym mieście bez ruchu drogowego byłem ponad miesiąc. Dwa tygodnie w domu franciszkanów, gdzie odprawiając Mszę, czytając książki spacerowałem i mogłem obserwować protesty ludzi. Czasem rozmawiałem z nimi. Byli zdesperowani, aby zmienić Boliwię. Jednocześnie wyczuwalna była wszechobecna atmosfera strachu. Co będzie dalej? Wojna domowa? Wojsko na ulicach. Tłumaczyli mi nie jeden raz w ciągu tego miesiąca co czują i myślą na temat wolności i demokracji. Sugerowano mi też, że nie zrozumiem do końca tego, bo jestem obcokrajowcem a tam zawsze wolność. Szybko odpowiadałem wtedy, że nikt nie zrozumie ich walki o wolność tak jak Polacy. Opowiadałem o dziesiątkach lat naszej niewoli i o obaleniu komunizmu. Walki trochę, jakby nie było, podobnej jak w Boliwii. A robiło się coraz bardziej poważnie. W sklepach zaczęło brakować produktów przez brak dostaw. Mieszkańcy Santa Cruz zaczęli organizować posiłki dla najuboższych, którzy w tej sytuacji zostaliby skazani na głód.

Po 2 tygodniach przebywania u Franciszkanów, skontaktowałem się z ks. Michałem, który jest z diecezji siedleckiej i pracuje jako proboszcz w Santa Cruz. Oczywiście zaprosił mnie, bo potrzebuje pomocy na parafii i stwierdziliśmy, że razem będzie łatwiej przeżywać ten ciekawy i trudny czas. Następnego dnia zjadłem śniadanie, zapakowałem najpotrzebniejsze rzeczy do plecaka i udałem się w kilkunastokilometrową podróż pieszo. Był ona bardzo interesująca, gdyż trzeba było pokonać wiele blokad i obserwowałem życie ludzi w tych miejscach. Na środku blokowanej drogi postawiono namioty od deszczu a w środku stoliki, krzesełka, małe lodówki przenośne na jedzenie, napoje i wszystkie rzeczy potrzebne do przebywania tam dniem i nocą. Dodatkowo interesującym doświadczeniem było poruszanie się w mieście, gdzie umarła komunikacja. Santa Cruz znane jest z niekończących się korków i mnóstwa samochodów. Teraz ludzie spacerowali środkiem najbardziej zakorkowanych wcześniej samochodami arterii. 

Po przybyciu na miejsce dostałem swój pokój na plebanii i rozpocząłem pracę na parafii ks. Michała. Mieliśmy w tym czasie dużo pracy. Ludzie nie chodzili do pracy a dzieci do szkoły. Parafianie mieli czas skorzystać z codziennej Eucharystii. Dodatkowo atmosfera niebezpieczeństwa spowodowała, że mnóstwo osób chciało się pojednać z Panem w sakramencie pokuty i pojednania. Bardzo dobrze wspominam ten czas wzmożonej pracy duszpasterskiej, rozmów kapłańskich i wielu nowych serdecznych znajomości.

W niedzielę 25 listopada, kiedy odpoczywaliśmy po obiedzie czekając na Mszę świętą wieczorową usłyszeliśmy niecodzienne odgłosy wybuchu euforii całego miasta. Ludzie krzyczeli z radości, trąbili samochodami, śmiali się i płakali. Evo Morales zrezygnował z bycia prezydentem i ogłosił to przez telewizję. Następnego dnia uciekł specjalnym samolotem do Meksyku. Wcześniej posłuszeństwo wypowiedziała mu policja, która stwierdziła, że nie wyjdzie walczyć przeciwko rodakom. A następnie wojsko. Nie miał wyjścia. A to wprawiło walczących z determinacją o wolność i demokracje w euforię. Skończyła się blokada. Skończyło się niebezpieczeństwo wojny. Prezydentem tymczasowym została jedna z osób z opozycji nominowana w tej sytuacji zgodnie z przepisami konstytucji. Ja mogłem pożegnać się z Santa Cruz i udać się na nową parafię w górach w Aiquile.

Na zdjęciu mural z Santa Cruz powstały w czasie protestów: „Boliwia dla Chrystusa”

Boliwia – rozpoczyna się rok II część 1

W związku z przyczynami zupełnie obiektywnymi, przez które nie mogłem pisać powstała duża przerwa w moim blogu. Postaram się uzupełnić wszystko. A wydarzeń było aż nadto.

Bardzo dziękuje tym wszystkim z którymi spotkałem się we wrześniu i październiku w Polsce. Zarówno w parafiach które odwiedzałem ze Słowem, jak i rodziną, przyjaciółmi i znajomymi. Napisze tylko tyle że był to dla mnie niesamowicie aktywny i bardzo miły czas. Oceniam go też jako czas pewnych moich rekolekcji misjonarskich. Spotkało mnie wiele słów wsparcia i świadectwa że Polacy modlą się i wspierają dzieło ewangelizacji w krajach misyjnych. Dziękuje za całe to dobro.

Wyjeżdżając z Polski spodziewałem się problemów w Boliwii. W niedzielę przed moim przylotem odbywały się wybory prezydenckie. Historia kontrowersji dotyczących tego wydarzenia jest długa. Evo Morales dotychczasowy prezydent, -socjalista, mówiący o sobie jako przedstawiciel indiańskiej części ludności, nie mógł według konstytucji startować na następną kadencje. Spodziewając się tego chciał zmienić dużo wcześniej konstytucje umożliwiając sobie reelekcje. Ku wielkiemu swojemu zdziwieniu Boliwia w ogólnonarodowym referendum            powiedziała NIE na pytanie czy zmienić ustawę zasadniczą. Prezydent – komunista z przeogromną rządzą władzy unieważnił referendum nie podając powodu. Ludzie wyszli na ulicę protestując i żądając uznania swego głosu. Marsze i protesty regularnie odbywały się co miesiąc z hasłami „Bolivia dijo No” (Boliwia powiedziała nie). W opozycji przeciwko Moralesowi szczególnie pierwsi byli mieszkańcy największego  miasta w Boliwii czyli Santa Cruz. Morales nie przejmował się protestami i wystartował po raz kolejny w wyborach pewny swojego zwycięstwa. Trzeba dodać że do momentu wyborów skupiał całą władzę, łącznie z urzędami przeprowadzającymi głosowanie. Co ciekawe w Boliwii w czasie głosowania na bieżąco przedstawiane są wyniki dzięki specjalnemu systemowi komputerowemu. Jeśli któryś z kandydatów ma więcej niż 10 % przewagi nad innymi zostaje wybrany na prezydenta. Morales miał przeciwko sobie bardzo silną opozycję, ale też ogromnie podzieloną na różnych kandydatów. Wiedział że musi wygrać w I turze. Na kilkadziesiąt minut przed końcem głosowania różnica nie przekraczała 10 % co zwiastowało dla niego klęskę, która nadchodziła z drugą turą wyborach, gdzie opozycja zjednoczyłaby się. I w tym momencie zaczęły się czary. Siadł system komputerowy głosowania na długie minuty. Kiedy wrócił z dziwnej, czarodziejskiej podróży okazało się że Evo Morales……(!!!) tak, tak wygrywa różnicą ponad 10 %! W tym kraju okazuje się że wszystko jest możliwe. W poniedziałek ogłoszono go prezydentem. A w środę oszukani ludzie wyszli na ulicę nie dając się nabrać na komputerowe czary. W internecie publikowane były zdjęcia gotowych kart do głosowania skreślonych na Evo długo przed dniem głosowania. Rozpoczęło się polityczne piekło w Boliwii które absolutnie wpłynęło na życie wszystkich Boliwijczyków.

Miałem wylądować wracając z Polski w dniu rozpoczęcia protestów i w samym epicentrum czyli w Santa Cruz. Boliwijczycy mają jeden środek protestu  który musze przyznać jest szczególny i skuteczny – blokują drogi, mosty i ulice. Wysypują ziemię i kamienie, powalają drzewa, ustawiają samochody i ciężarówki, stare opony i wszystko co można sobie wyobrazić. Jednocześnie dzień i noc pilnując aby nikt nie próbował sforsować tych przeszkód. Nazywa się to blokeo lub paro. 

O dziwo sytuacja ta dotknęła mnie już w samolocie. W Limie gdzie miałem przesiadkę, dowiedziałem się wraz z grupą ludzi czekających na samolot do Santa Cruz, że go nie będzie bo w Boliwii są zamieszki. Kolumbijska linia lotnicza Avianca poinformowała nas że lot jest przełożony na następny dzień. No fakt, latynoska logika – pomyślałem. Dziś są zamieszki a jutro nie będzie!? Bo wielu godzinach wspólnego koczowania na lotnisku i oczekiwania na odprawę na granicy i walizki zaczęliśmy się wszyscy czuć jako towarzysze niedoli. Od słowa do słowa zaczęliśmy się poznawać. Szybko staliśmy się znajomymi, co owocowało wspólnymi posiłkami, wyjściem na miasto oraz wspólnej grupie na watssup na której piszemy do dziś. W pewnym momencie dowiedzieli się że jestem księdzem. Musiałem to powiedzieć bo wszyscy nie dawali mi spokoju jak to Polak może lecieć na stałe do Boliwii. Okazało się że od tego momentu w rozmowie wielu z nich prosiło mnie o spojrzenie księdza na ich osobiste problemy. Po tej dziwnej sytuacji odwołanego lotu miałem dwie myśli. Nie ma tego złego (brak lotu) co by na dobre nie wyszło (nowi znajomi w Boliwii, Kolumbii i USA). Druga myśl była taka że ludzie ogromnie potrzebują obecności nas księży w taki normalny sposób, gdzie przy hotelowej kawie można porozmawiać o życiu.

P.S. Saludos i abrazos para mi Amigos de Lima. 🙂