Woodstock 2017 – rekolekcje o zaufaniu.

            Wszystkie teksty o Bogu, który każdego ogromnie kocha i się opiekuje są mi doskonale znane. Przecież nawet nasze włosy są policzone. Jezus jest z nami do końca świata. Często je głoszę w homiliach. Zachwycam się nimi i rozważam. Ale… jak się okazuje daleko mi jeszcze do absolutnego wprowadzenie ich w życie. Bardzo daleko. Trafne jest tu stwierdzenie, że Słowo Boże najdalszą drogę, jaką ma do przejścia to od głowy do serca człowieka.

            Wraz z Basią i Roksaną stwierdziliśmy, że jeśli mamy ewangelizować na misjach to najpierw trzeba zacząć tu, w Polsce. Czyli Woodstock. Super, rzeczywiście Jezus najpierw wysyła apostołów do swoich, a dopiero dużo później wysyła na krańce świata. Więc pomyślałem, że to dobry pomysł. W końcu lubię rozmawiać z ludźmi, a o Jezusie to w ogóle. Ale z drugiej strony była legenda Woodstocku – z jego absolutną „wolnością, miłością i luzem”. Jak mi się wydawało, jest tam pełno ludzi, którzy raczej nie chcą gadać o Jezusie, a tym bardziej z księdzem. W miarę zbliżania się imprezy chęć ewangelizacji malała we mnie, a legenda owsiakowego festiwalu rosła. I to do niebotycznych rozmiarów. W momencie wyjazdu do Kostrzyna nie chciało mi się jechać. Ale mimo wszystko wiedziałem, że takie natchnienia jak wyjazd, żeby głosić Słowo Boże to musi być natchnienie Ducha Św. Co robić? Porządnie się pomodliłem i oddałem absolutnie wszystko Jezusowi. I podróż, festiwal, nasz Przystanek Jezus jako centrum ewangelizacji na Woodstocku. Szczerze mówiąc, niewiele pomogło. Więc z wielką obawą wyruszyłem w drogę. I zaczęła się szkoła zaufania Bogu.

            Lekcja pierwsza. Droga była długa i męcząca. Było to w niedzielę, a ja po Mszach w parafii. Około 50 km przed Kostrzynem wjechałem do małego miasteczka. Ciężko tam się jeździ ze względu na dziwne rozwiązania na nietypowych skrzyżowaniach. Znalazłem się na jednym z nich. Dwa skrzyżowania w jednym. Najpierw był znak STOP, a potem wjeżdżało się na środek i włączało do ruchu na następnym skrzyżowaniu. Wariactwo. Zatrzymałem się na STOPie. Nikt nie jechał z boku. Wjechałem na skrzyżowaniem i chwilę zacząłem myśleć, gdzie skręcić na następnym. Wystarczyły 2 sekundy. Spojrzałem w bok i zobaczyłem starego Mercedesa, który jechał prosto na mnie. Myślę: spoko, zatrzyma się. To na pewno wyrozumiały kierowca. Nie zatrzymał się. Jadąc niezbyt szybko łupnął mnie w bok. Samochód przesunął sie o kilkadziesiąt centymetrów pod wpływem uderzenia. Oczami wyobraźni zobaczyłem rozbitą z boku moją Toyotę i brak możliwości dojechania na Woodstock. Kierowca tamtego wozu, którym okazał się młody chłopak, zaczął krzyczeć, że nie zatrzymałem się na STOPie i zapłacę za naprawę jego samochodu. Wiedziałem od razu, że to jeden z tych przebiegłych kierowców, którzy wykorzystują takie właśnie sytuacje, by wyremontować sobie wozy. Zjechaliśmy na bok, wybiegliśmy na zewnątrz i patrzymy obydwaj na nasze samochody. To niebywałe! Na żadnym nie ma śladu stłuczki! Przez głowę przebiegła mi myśl: przecież zawierzyłeś całą drogę Jezusowi. Zacząłem się uśmiechać. A chłopak nie wiedząc co powiedzieć, zaczął szybko mówić, że nie wie jak to sie stało i że chciał dać mi nauczkę, że wjeżdżam bez uważania. Z niechęcią powiedział: Co, jedziesz na ten cały Woodstock?! Odpowiedziałem, że tak, a raczej na odbywający się na nim Przystanek Jezus, bo jestem księdzem. Złapał się za głowę i krzyknął: O nie! Walnąłem w księciunia!!! Uściskałem go mocno i pożegnaliśmy się z uśmiechem na twarzy. Teraz wiem, że to był znak, żebym Mu zaufał. Potrzebny był znak ekstremalny. To było przygotowanie do zaufania tam, w Kostrzynie.

            Druga lekcja. Sam Kostrzyn, Woodstock, Przystanek Jezus. W niedzielę rozpoczęliśmy rekolekcje przed tym, co chcieliśmy zrobić, a raczej chcieliśmy, żeby zrobił przez nas Duch Św. Prowadził je biskup Edward Dajczak. Pusto na Woodstocku, który zaczynał się dopiero w czwartek. Na początku szok. Ze względu na wspólnotę, którą tworzyli przyszli ewangelizatorzy. Nigdy nie widziałem tak uśmiechniętych i życzliwych ludzi, z którymi można było porozmawiać w każdej chwili nie znając ich wcześniej. Bardzo szybko wydedukowałem, że to przez Tego, który nas tam zgromadził. Świetne rekolekcje, uwielbienia, spotkania, rozmowy. Idealnie. Tylko w mojej głowie znów rósł problem: jak wyjdę od czwartku do ludzi, którzy, jak mi się wydawało, z natury będą do mnie co najmniej nieprzyjaźnie nastawieni. A idąc w sutannie informujesz wszech i wobec, że idziesz z Jezusem (i bardzo dobrze). Śmiałem się do dziewczyn, że wyjedziemy w czwartek do domu, żeby nie iść na Woodstock. Z biegiem czasu moja niechęć była coraz większa. Zdaję sobie sprawę, że diabeł też mocno działał bazując na moich lękach. W ostatnim dniu rekolekcji na myśl o ewangelizowaniu dostawałem maksymalnych duchowych mdłości. Wyglądało to tragicznie. Oprócz Ducha Św., który mnie wykopał ze strefy komfortu na Przystanku Jezus do ludzi na zewnątrz, były jeszcze 2 rzeczy: to, że przekonałem się nie raz, że jeśli Bóg mnie gdzieś stawia to nie przez przypadek i jestem do tego posłany (a przecież tam realnie byłem) oraz to, że, jak zawsze żartuję, jestem chłopakiem ze Wschodu, więc muszę prezentować twardość i wielki upór. Przed pierwszym wyjściem poszedłem przed Najświętszy Sakrament, który był ciągle wystawiony i ciągle masowo adorowany przez ewangelizatorów. Znów rozmowa z Nim, że oddaję Mu wszystko. I krok poza „kanapę” był dla mnie krokiem milowym. I wielkim zdziwieniem. Idąc w sutannie nie zostałem, jak mi zdawało wcześniej, opluty, znieważony, zlekceważony. Byli za to ludzie bardzo chętni do rozmów. Nie rozumiejący nauki Kościoła i otwarci na przyjęcie jej w dialogu. Tu było dużo rozmów o seksie przedmałżeńskim, konkubinacie. Ludzie, którzy łapali mnie za rękaw i prosili o rozmowę będąc w wielkiej desperacji duchowej, chcąc absolutnych zmian. Kilka razy spowiadałem siedząc na krawężniku obok śmieci. A w sensie duchowym były to niesamowite dialogi –  człowieka z potęgą miłosierdzia Bożego, które otwiera całkiem nowe perspektywy. Były podziękowania, łzy, uśmiechy, zawsze mocno przytulali i mówili: dobrze, że jesteście. To, co stało się przez tych kilka dni ewangelizacji to były jedne wielkie rekolekcje. Rekolekcje przede wszystkim dla nas, ewangelizatorów. Zobaczyliśmy, że Jezus wprost działa, i to przez nasze ręce. Ale tylko wtedy, gdy oddamy Mu całego siebie zostawiając absolutnie wszystkie swoje lęki.

            Kilka razy pytano mnie, jakie wydarzenie najbardziej zapamiętałem z Woodstocku. Jest jedno, którego nie zapomnę nigdy. Ostatniego dnia idąc przez pola festiwalu zauważyłem ewangelizatorów z tabliczką: Mycie nóg za darmo. Obok zobaczyłem księdza od nas, który nachylony mył komuś nogi. Miał miednicę, pachnące mydło i białe ręczniki papierowe do wycierania. Zacząłem w głowie szybko myśleć: to chyba przesada! W jakim celu?! W tym momencie ksiądz zobaczył mnie i podszedł mówiąc, żebym mu pomógł, bo jest druga miednica, a ludzie cały czas podchodzą. Podchodziłem bardzo wolno, lekko panikując i szybko myśląc: za dużo, w sutannie?, brudne nogi, nigdy tego nie robiłem… itp. W jednym momencie ewangelizatorka wyłowiła mi z tłumu młodego, dwudziestokilkuletniego chłopaka. Mówił tylko, że nie za bardzo chce, bo on jest ateistą więc, nie powinien do księży. Nie jego bajka. Jednak usiadł. W czasie, gdy myłem mu nogi miał duże jak pięciozłotówki pytające, zadziwione oczy. W końcu wybąknął: Dlaczego mi to robisz? Odpowiedziałem pierwszą myślą: Bo nasz Mistrz tak robił.

            To był początek długiej, ciekawej rozmowy. Takiej, jakich setki odbywały się tam, gdzie Jezus upodobał sobie konkretnie działać. Przede wszystkim w sercach ludzi. Zarówno tych, którzy nieśli ze sobą czteropak piwa czy mieli identyfikator z napisem „Przystanek Jezus.”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *