Sam początek…

To już 3 tygodnie odkąd jestem w Boliwii. Myślę, że czas napisać o moim początku tutaj. Długo się zbierałem, żeby skrobnąć coś na bloga o misjach. Dlaczego? To trudne do wytłumaczenia. Lądując 19.10. w Santa Cruz wkroczyłem w całkiem inny świat. Nie jest on gorszy czy lepszy. Jest bardzo odmienny. Przyjmuję masę nowych wiadomości i doświadczeń. Moja głowa jest pełna, dlatego nie potrafiłem siąść i napisać czegokolwiek o początku. Zresztą i teraz czuję specyficzne rozbicie i niemoc opisania tego wszystkiego.

18 października 2018 r. na zawsze pozostanie w moim sercu. To pożegnanie z rodzicami, gdy wchodziłem do pociągu do Warszawy, a kilka godzin później z Polską, gdy samolot startował. Na końcu rodzice nie potrafili ukryć smutku, gdy przyszedł czas rozstania. Jazda w pociągu to jedna wielka modlitwa wynikająca z mojego wzruszenia. Ciągła pokusa, która szeptała: „Jesteś głupi. Co ty w ogóle robisz?”. A w modlitwie słowa zapewnienia: „Jesteś w Moich rękach! Jedziesz tam, gdzie cię posyłam. Tam jest twoje miejsce”. Muszę przyznać, że ostatni tydzień w Polsce pełny był takich duchowych zmagań. Ale wiem jedno – występują one zawsze, gdy duchowo ma się stać coś bardzo dobrego. Szatan jest czujny i zawsze będzie walczył z tym, co ma być bardzo dobre. Piszę to też po to, Drogi Czytelniku, żebyś wiedział o takim zjawisku w Twoim życiu duchowym. Nie przejmuj się, kiedy masz dziwne myśli i obawy przed pojechaniem na rekolekcje, pójściem na adorację czy pomocą komuś. To nie są Twoje myśli a walka szatana o unicestwienie dobra. W takich chwilach tym bardziej powinieneś zrobić to, co zamierzyłeś.

„Jesteś w Moich rękach” ciągle brzmiało w mojej głowie w czasie całej podróży. I tak też było. Lot do Genewy i San Paulo bez problemów. Wszystkie formalności na Okęciu i w Genewie bez problemów. Lądując w San Paulo dowiedziałem się co oznacza latynoski kraj. Okazało się, że muszę odebrać walizkę i znów ją nadać, a potem zmienić terminal w gąszczu setek osób. I celnicy bardzo zdziwieni: „Jak to pan leci z Brazylii do Boliwii? Lata się w odwrotną stronę”. Jednak srogie miny i szybkie pytania kończyły się, kiedy pytali o zawód. Odpowiadałem, że jestem misjonarzem. Widziałem wtedy wielki uśmiech i szybko oddawany paszport. Może dlatego, że Brazylijczycy są mocno przywiązani do Kościoła? Reasumując, owszem, były te wszystkie perturbacje w San Paulo, ale jestem pewien, że to z Bożą pomocą pokonywałem je bez większych problemów. Po dwóch godzinach siadłem przy swojej bramce w oczekiwaniu na samolot do Boliwii.

Santa Cruz przywitało mnie deszczem i oczywiście wielką wilgotnością. Nie znałem tego zjawiska w tak wielkiej skali, w jakiej tutaj występuje. W momencie wilgoć oblepia cię i sprawia, że twoje ubrania zaczynają być powoli mokre i przylepiające się do ciała. Po 3 tygodniach życia tu wiem, że da się z tym funkcjonować. Wiadomo – to tropik. Przywitałem się gorąco z ks. Marcinem, który od 2 lat jest w Bulo Bulo i sprawuje tu funkcję proboszcza. Jest on oczywiście z diecezji siedleckiej a w seminarium byliśmy razem na roku. Siedzieliśmy nawet w jednej ławce na wykładach. Wsiedliśmy do naszej kilkunastoletniej Toyoty (oczywiście „jeepa”) i mimo zmęczenia po podróży zacząłem obserwować kraj. Pierwsza rzecz to ruch drogowy. Jechaliśmy na zachód drogą, która jest dopiero w fazie tworzenia. Łączy ona dwa ważne i duże miasta – Santa Cruz i Cochabambę. Pisałem już, że wszystko jest inne więc inna też jest kultura jazdy. Tu nikt nie przejmuje się zbytnio innymi uczestnikami ruchu. Jeździ się bez kierunkowskazów albo z włączonymi cały czas. Pasów się nie zapina. Wewnątrz samochodu jedzie tyle osób, ile się zmieści. Czasem widać stary samochód kombi z otwartą klapą, bo siedzi tam kilka osób. Oczywiście ci ostatni jadą ze spuszczonymi nogami machając nimi. Raz widziałem kobietę jadącą w taki sposób, która jednocześnie karmiła dziecko. Co ciekawe, czasem kierowcy potrafią być uprzejmi i przez otwartą szybę machnąć ręką, żeby ich wyminąć. Generalnie, występuje coś w stylu wolnej amerykanki. Ale o dziwo to wszystko działa. 

Droga jest tworzona, dlatego co jakiś czas przejeżdża się odcinkami piaskowymi z wielkimi nierównościami. Co ciekawe, próbuje się ją robić z nowoczesnymi pomysłami, więc ma dwa pasy w jedną stroną i dwa pasy w drugą. Coś jak nasza ekspresówka. Jest tylko jeden problem. Boliwijczycy traktują ją jak dwie drogi i jeżdżą w różnych kierunkach mimo podziału. Istne szaleństwo.

Marcin powiedział, że to dobrze, że mamy w miarę blisko do Santa Cruz. To blisko – prawie 4 godziny jazdy. Ale tak się liczy odległości w Boliwii, która jest 3,5 raza większa niż Polska. I w takim czasie dotarliśmy do Bulo Bulo. Jak tu jest? Jak wygląda miasteczko i parafia? To już w następnym wpisie. Ktoś narzekał, że dodałem za długie wpisy o Hiszpanii. Może i racja. Pisząc to siedzę z chłodzącym mnie wiatrakiem. Na zewnątrz leje rzęsisty tropikalny deszcz, ale i tak jest sporo ponad 30 stopni ciepła. Pozdrawiam z gorącej Boliwii. Pamiętam w modlitwie.

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *