Niedziela Trójcy Świętej 2019 r.

Po raz kolejny zauważyłem jak wewnątrz nas istnieje potrzeba miłości i podświadomie szukamy jej ideału. Dziś, to znaczy w sobotę, mam spotkanie z młodzieżą przygotowującą się do bierzmowania. Chcemy pomodlić się Słowem Bożym a później wspólnie obejrzeć jakiś wartościowy film. Jednak wczoraj mieliśmy spotkanie formacyjne o rachunku sumienia. Znów, kiedy zacząłem mówić o egoizmie, a właściwie o jego przeciwieństwie, czyli miłości zdolnej dać wszystko dla innych, zostałem oblepiony uwagą wszystkich. Kiedy mówi się konferencje lub homilie to czuje się, kiedy porusza się arcyważny i arcybliski temat. Widać uważne oczy i wstrzymane oddechy. To było wczoraj, tym bardziej to widziałem, gdyż mówiłem o takiej miłości w rodzinie, ich przyszłych związkach oraz o przyjaźni. Idealna miłość jest topowym tematem dla każdego. Bo potrzebujemy tej miłości. Pragniemy właśnie takiej jak zagubiona i spragniona łania wody na pustyni.

Tym bardziej świętujmy dzisiejszą uroczystość Trójcy Świętej. Tak bardzo trudnej teologicznie do zgłębienia. Z drugiej strony tak łatwo dostrzec, że podstawą i fundamentem tej Wspólnoty jest właśnie… poszukiwana przez nas idealna, ofiarująca się miłość. W końcu to Bóg jest miłością. I nie ma nawet milimetra duchowego w Bogu, gdzie nie byłoby eksplozji szalonej i niekończącej się miłości do człowieka. Przypatrz się głównym rolom, jakie mają Osoby Boże w dziejach świata. Bóg Ojciec stwarza świat dla człowieka. Syn Boży umiera dla człowieka. Duch Święty przychodzi dla człowieka. 

Pytanie: Po co szukasz ciągle idealnej miłości wokół siebie? Masz ją na wyciągnięcie ręki. Bóg na Ciebie czeka. Więcej napiszę. Kiedy wejdziesz w tą niesamowitą relację z Bogiem, Twoje miłości ziemskie się uszlachetnią. Zarazisz się od Boga chęcią bycia tylko dla innych. To oznacza szczęście dla innych i wielkie szczęście dla Ciebie.

Zesłanie Ducha Świętego 2019 r.

Lubię tą uroczystość. Duch Święty ciągle mi udowadnia, że Bóg jest tuż obok. Że wiara to nie piękna historia, obyczaj, filozofia życiowa, a wielka moc na wyciągnięcie ręki. Doświadczyłem tego setki razy, doświadczam z mocą także teraz i, daj Boże, żebym nie zgłupiał w przyszłości i nie czerpał z mocy Ducha Świętego.

Pierwsze czytanie jest jakby o mnie. Jakże ze śmiałością stawiam siebie wśród grona Apostołów. Może to brak pokory, ktoś powie, ale stawiam się w ich słabości. Boję się, że nie dam rady, że jestem za słaby, by coś zrobić. A Duch Święty właśnie niszczy ten strach, niszczy wszelkie słabości. Oni są napełnieni Duchem Świętym i jako grupa normalnych facetów mają wyjść i głosić Jezusa i to w różnych językach, o których nawet nie słyszeli. Jak wielka jest moc z nieba, że mówią przemieniającą naukę Bożą i to w obcym języku. To pokazuje jak wielkie dary dostajemy od Ducha Świętego. Stawiam siebie wśród Apostołów, którzy są jeszcze przed wyjściem do tych ludzi. Gdzie jest wątpliwość czy podołam głoszeniu Zbawiciela i … w innym języku. Tak jest odkąd jestem w Boliwii. To całkowicie nielogiczne, jak w przypadku Apostołów, żeby zaledwie po 9 miesiącach nauki hiszpańskiego w Warszawie mówić tu homilie z mocą. Ale ja zawsze modliłem się i modlę do Ducha Świętego prosząc o moc w głoszeniu, wiedząc, że sam z siebie tego nie potrafię. Więc On swoją mocą wyprowadzał mnie na ambonę tutaj. Oczywiście z kartkami zawierającymi homilię, bo ciągle się bałem. Potem dał mi propozycję nie do odrzucenia – żebym codziennie przygotowywał się i mówił (z kartką). Dwa tygodnie temu kazał mi wyrzucić kartki i wyjść na środek kościoła, aby mówić. Znamy się nie od dziś. Tak, dałem się poprowadzić. I tak skończył się mój największy problem, który miałem tu, w Boliwii. Cierpiałem, że nie mogę mówić homilii jak w Polsce, zupełnie z serca, z wnętrza a właściwie z Ducha Świętego.

Nie piszę tego, żeby się chwalić. Wciąż popełniam błędy językowe i czasem brakuje mi słowa (podpowiadają mi). Chcę dać świadectwo o działaniu Ducha Świętego. To On zrobił ze mną to, co wydawało się dla mnie niemożliwe. Zrobił to, co stało się z Apostołami. Tam, w Wieczerniku, ze słabych i pogubionych facetów stworzył najwyższej klasy kompetentnych specjalistów do głoszenia Jezusa. Dlatego nawraca się prawie pół Jerozolimy. 

Masz głęboką potrzebę czegoś dobrego w swoim życiu? Chcesz dać świadectwo o Jezusie innym? Uzdrowić swoją rodzinę, przyjaciół, małżeństwo? Ta moc Ducha Świętego czeka. Wystarczy się pomodlić pokazując, że otwieramy się na tą osobę Bożą w pełni. Że Jej pragniemy jak ziemia wody na pustyni. Że oczekujemy z niecierpliwością. Duch Święty przyjdzie i zaspokoi najbardziej newralgiczne potrzeby bez zbędnego zwlekania. Trzeba pragnąć całym sobą, otworzyć się i być pewnym, że za Tobą stoi On. I zrobić potem pierwszy krok z tym Bożym orężem. Jak Apostołowie na zewnątrz zwyciężając swoje wszystkie wątpliwości i …. ludzką logikę. 

Przyjdź, Duchu Święty!

Ven El Espíritu Santo!

Niedziela Wniebowstąpienia 2019 r.

Kiedy zgłębiam dzisiejsze Słowo Boże to zachowanie Jezusa przypomina mi bardzo mocno nasze boliwijsko-latynoskie klimaty. Mówi On do swoich Apostołów, że jeszcze nie czas wykonywać ciężką pracę. Nakazuje im pozostać jeszcze w Jerozolimie i nie silić się na wiele. Tutaj określa się to jednym popularnym słowem: mañana co w ścisłym znaczeniu językowym oznacza „jutro”. A właściwie oznacza: nie ma co się spieszyć, może zrobię to jutro a może za tydzień; relaks i spokój. Właśnie wróciłem ze straganu z owocami, gdzie zazwyczaj kupuję owoce. Sprzedawczyni sama wychowuje kilkoro dzieci a zakupy u niej to też pomoc materialna dla niej. Uwierz, że w Boliwii w tropiku mamy takie owoce, o których nikt z nas, ludzi z Europy nie słyszał. Chciałem kupić Sfru. To owoc podobny do pomarańczy, który według reklamujących go ludzi zawiera w sobie zmieszane 7 smaków różnych owoców tropikalnych. Tak, jest bardzo smaczny. Pytam moją panią sprzedawczynię czy ma go w swoim bogatym asortymencie. Niestety odpowiada: nie mam. Widząc moją nietęgą minę szybko dodaje. Ale będzie jutro, czyli mañana. Znając prawdziwe znaczenie tego słowa odpowiedziałem, że dobrze, poczekam do końca następnego tygodnia. Skwitowała to pocieszającym uśmiechem.

Jezus odchodząc mówi do uczniów, żeby czekali i na spokojnie, więc swoiste mañana. Wie, że zostawia im arcytrudne zadanie w postaci budowania Kościoła. Właściwie ponad ludzkie siły. Ale stawiając ten ogrom zadań nie pozostawia ich bez niezbędnych przeogromnych narzędzi. Dlatego każe im czekać w spokoju. Najpierw chce ich uzbroić w moc z wysoka. Sam Duch Święty przyjdzie, aby być przy nich i ich umacniać. W logice Jezusa jest tak: najpierw daje zadanie, później uzbraja do niego jak największego wojownika i dopiero posyła. 

Piszę to, bo wydaje mi się, że w naszym życiu jako chrześcijanina potrzeba nam więcej mañana – w sensie spokoju w podchodzeniu do zadań danych nam przez Mistrza. Najczęściej jesteśmy mistrzami w zamartwianiu się o wszystko. Oto ze Słowa Bożego płynie plan działania chrześcijanina. Najpierw rozpoznaj czy to, co Ci poleca to Jego geniusz czy Twoje urojone wariactwo. Zapewniam, zawsze na modlitwie Bóg potwierdza swoje posłanie. Jeśli to Jego dzieło to nie bój się. Ze spokojem realizuj to, bo na pewno dostaniesz moc z wysoka, która uzdolni Cię do tego wszystkiego. Jeśli nie możesz czegoś zrealizować zastosuj mañana, tzn. czekaj na moc Bożą, która ma przyjść.

A tak na koniec. Nawet nie wiesz, Czytelniku jak tu, w Boliwii jest mi niesamowicie bliskie to, co napisałem. A co do rajskich owoców sfru. Kupiłem pomarańcze. Uwierz, one są też niebiańsko smaczne.