Mali dla Małego – Nowenna przed Narodzeniem 2018 r.

Osoby, które kontaktują się ze mną ostatnio są bardzo ciekawe jak wyglądają przygotowania i Boże Narodzenie w Boliwii. Oczywiście padło też pytanie: są roraty? Niestety nie ma. Jednak w naszej parafii jest coś równie ciekawego duchowo, ale dotyczy głównie dzieci. Mamy przez 9 dni przed Bożym Narodzeniem nowennę przygotowującą dzieci do tej uroczystości. W Boliwii Boże Narodzenie należy do najmłodszych świąt. Potwierdza to też dosyć ciekawe zjawisko, że Boliwijczycy przede wszystkim chcą chrzcić dzieci właśnie w tym czasie. No tak. To trochę intuicyjne. Jezus jest mały więc jest to wydarzenie najmłodszych. 

Są trzy miejsca w naszej parafii, gdzie prowadzone są spotkania dla dzieci. Kościół parafialny, część Bulo Bulo, która nazywa się Puerto Ichilo oraz miejscowość Rio Blanco, w której znajduje się też kościół, gdzie duszpasterzujemy. Mi przypadło w udziale prowadzić nowennę właśnie w ostatniej miejscowości. Na szczęście jeździłem tam z boliwijskim małżeństwem – Franklinem i Roksaną oraz ich sześcioletnią córeczką Anay. Każde spotkanie rozpoczyna się modlitwą, a później, przy dźwiękach kolęd z głośnika rozpoczynają się przygotowane wcześniej zabawy lub zajęcia z rysowania. Udało mi się nauczyć dzieci gry z mojego dzieciństwa, którą był zbijak. Potem szliśmy do kościoła. Tam były śpiewy z animacjami co jakiś czas przerywane, aby odczytać zapisane przez dzieci dobre uczynki, które robiły w swoich domach. Dzieci w tym czasie czekały, aby na końcu tej części przenieść małego Pana Jezusa o stopień niżej na naszej drabinie prowadzącej do żłóbka. Każdy dzień miał swój temat, który zaznaczony był w następnej części, w której prowadzącym byłem ja jako ksiądz. Rozmawialiśmy o cudach Pana Jezusa. Codziennie odczytywaliśmy fragment z Ewangelii opisujący jeden z nich i rozmawialiśmy na jego temat. Próbowaliśmy uczyć się, że On jest i działa w naszym życiu. Kończyło się zawsze gromkim: „Jezus jest wielki!” oraz oklaskami na Jego cześć. Ostatnia część była najważniejsza, bo spotykaliśmy się z Tym, który działa cuda w sakramencie Eucharystii. Na koniec każdy dostawał specjalne błogosławieństwo dla dzieci oraz obrazek do pokolorowania z historią, która była omawiana. Zakończenie nowenny odbyło się w czasie Eucharystii Narodzenia Pańskiego, czyli Pasterki, która odbyła się o godzinie 22.00. Ogłosiliśmy światu, że mały Jezus jest obecny wśród nas. Najlepsi, którzy uczestniczyli w całej nowennie i zebrali wszystkie obrazki z cudami dostali nagrody. 

To jest właśnie to, co już teraz wiąże mi się tutaj z adwentem. To dosyć szczególny czas intensywnej ewangelizacji dzieci. Tak osobiście dużo się sam nauczyłem. Pamiętam jak starsi, doświadczeni misjonarze mówili mi, że jedno jest najważniejsze – cierpliwość i jeszcze raz cierpliwość. Pamiętam początek nowenny, który był bardzo trudny dla mnie. Pierwszego dnia przyszło sześcioro dzieci. Kiedy rozmawiałem z nimi o Ewangelii bały się mnie i nie chciały nic mówić. Drugi i trzeci dzień, mimo rosnącej liczby uczestników był podobny. Właśnie po trzecim dniu pomyślałem o tej misyjnej cierpliwości. Powiedziałem w duchu: Dobra, ja sieję, bo po to mnie posłałeś, Panie. A to już Twoje plany czy to ziarno wzrośnie w sercach i kiedy. Zostawiam Ci to. Innym problemem była codzienna Eucharystia. Większość dzieci nie uczęszcza na nią w niedzielę i nie wiedziały jak się zachowywać. Potrafiły rozmawiać na głos i zaczepiać się wzajemnie. Czwartego dnia nastąpił przełom. Dzieci powitały mnie już przy samochodzie. Nie wstydziły się i już się nie bały. Czynnie brały udział w naszych rozmowach. Ten punkt zwrotny dotyczył też Eucharystii. Tego dnia w czasie pierwszego czytania 30% dzieci postanowiło sobie wyjść z kościoła i bawić się na zewnątrz. Na koniec wróciły. Zostawiliśmy ich wszystkich po Mszy i zaczęliśmy tłumaczyć jak to ważny moment i z Kim się spotykamy. Cała nasza ferajna, która w tym czasie już osiągnęła około 50 osób zrozumiała. Nie mieliśmy później problemów w czasie Eucharystii.

Myślę, że to był błogosławiony czas dla dzieci. Mogły się one dowiedzieć o Panu Jezusie, o którym bardzo często nie wiedzą prawie nic. Podziwiam także pracę małżeństwa, które było ze mną każdego dnia. Odpowiedzialni byli za śpiew i zabawy, ale potrafili także włączać się pomagając mi w tłumaczeniu dzieciom Ewangelii. 

A Święta? No cóż, nie są celebrowane tak jak w naszej ojczyźnie. Nie ma wigilii i, co ciekawe, trwają tylko jeden dzień. Trochę mi tego brakuje. Dlatego tym bardziej doceniam naszą piękną, chrześcijańską tradycję świętowania Narodzenia Pana. Myślę, że każdy z nas powinien cieszyć się tym niezwykłym czasem, kiedy Bóg staje się tak bliski człowiekowi.

Duchowa pustynia.

Przed moim wyjazdem z Polski spotykając się z ludźmi bardzo często słyszałem opinię, że misje to głoszenie Jezusa tym, którzy jeszcze o Nim nie słyszeli. Jest w głowach pewien obraz misjonarza, który stoi przed ludźmi i opowiada Ewangelię. Słuchacze z otwartymi ustami i z zadziwieniem odpowiadają: Niesamowite! Nikt nam tego jeszcze nie opowiadał! Nic bardziej mylnego. Mamy już zaawansowany w czasie XXI wiek. Świat stał się globalną wioską. Misjonarze pracują na wielu kontynentach od kilku wieków. Nie ma już ludzi, którzy jeszcze nie usłyszeli o Ewangelii, Jezusie i Kościele, albo chociażby o istnieniu tych rzeczywistości. Mogą się znaleźć jeszcze gdzieś, gdzie absolutnie nie dotarła cywilizacja np. w dorzeczu Amazonki czy na pustyniach Afryki, ale jest to znikomy procent ludzkości. Będąc tutaj powoli przekonuję się czym tak naprawdę są misje. Widzę, że ludzie, którzy wiedząc i słysząc o Jezusie mogą i tak żyć na pustyni duchowej. Tak jakby nikt wcześniej nie opowiedział im o dobrym Bogu, który nadaje sens wszystkiemu i daje życie wieczne.

Parafia, w której jesteśmy z ks. Marcinem ma ładny kościół, gdzie codziennie sprawujemy Eucharystię. Dodatkowo, w niedziele odprawiamy Mszę w miejscowości obok, która nazywa się Rio Blanco. Miejscowość ta musiała kiedyś mieć księdza, bo jest tam kościół z opuszczoną dziś plebanią. Na marginesie dodam, że plagą na poddaszu kościoła są nietoperze. Znów inaczej – w Polsce są pod ochroną ze względu na zagrożenie wyginięciem. Dodatkowo, w wyznaczone niedziele odprawiamy Msze św. w oddalonych od siebie różnych częściach, które razem tworzą Bulo Bulo. Coś jak dzielnice tylko oddalone o kilka ładnych kilometrów. Piszę to nie tylko po to, żeby choć trochę zobrazować naszą pracę, ale także po to, by pokazać, że praca duszpasterska wcale nie jest skierowana ku wielkiej liczbie ludzi, mimo że tak może się wydawać. Moja głowa ciągle naszpikowana jest obrazami z Polski, na których w niedziele kościoły są pełne. Tutaj tak nie jest. Dość duża grupa ludzi jest ochrzczona, ale ich wiara jest bardzo letnia. Bywa, że niedzielna Eucharystia odprawiana jest dla kilkunastu osób. Szczególnie wtedy, gdy pada tropikalny deszcz. Pamiętam jak w pierwszą niedzielę odprawiałem Msze Świętą na starym boisku szkolnym, gdzie uczestniczyło w niej kilkoro dzieci i jedna osoba dorosła. Czasami do kościoła w Bulo Bulo przyjdzie na Mszę kilkadziesiąt osób co w tutejszych okolicznościach oznacza, że „kościół pęka w szwach”. Cieszymy się wtedy, tym bardziej, że czasami potrafi do spowiedzi przyjść kilkanaście osób, szczególnie dzieci.

Mało osób przystępujących do sakramentów nie oznacza dla nas mniej pracy. Istnieje tu pewna pustynia duchowa, która bardziej boli niż ubóstwo. Wiele osób nie jest ochrzczonych mając kilkanaście a nawet kilkadziesiąt lat, mimo że czasem pochodzą z rodzin, w których rodzice korzystają z sakramentów. Dlatego praca tu polega na przygotowywaniu do chrztu ludzi, którzy zgłaszają się po ten jakże istotny sakrament. Czasem jako dzieci, które mają iść do I Komunii Świętej lub jako młodzi ludzie, którzy chcą przyjąć sakrament małżeństwa. Zdarza się, że w kancelarii zjawia się para, gdzie narzeczona ma wszystkie sakramenty a narzeczony żadnego. Wtedy następuje odpowiednie przygotowanie do chrztu, I Komunii i bierzmowania. Wiele osób nie ma też tego ostatniego sakramentu. Ta pustynia duchowa sprawia, że jeszcze z większą mocą chcemy głosić piękno Ewangelii i życia we wspólnocie Kościoła w homiliach, ale i w katechezach przygotowujących do sakramentów. Dlatego w naszej parafii przed każdym chrztem dziecka ksiądz prowadzi już na wstępie z rodzicami i chrzestnymi nauki o wielkiej godności ochrzczonego i o znaczeniu chrztu dla życia religijnego całej rodziny. Jak to mówię w takich okolicznościach: robimy co się da.

Dlaczego istnieje tak wielka pustynia duchowa? Jestem tutaj dopiero miesiąc, ale nie wydaje mi się, że powodem jest brak pracy księży i sióstr zakonnych. Ona była i zawsze jest prowadzona z wielkim poświęceniem. Wydaje się, że potrzeba pogłębienia wiary tutejszych ludzi. Jednak nie nastąpi to przy ich braku otwartości na Boga. Serce zamknięte może jedynie otworzyć łaska Boża. Dlatego tak bardzo potrzebujemy modlitwy za misje, za ludzi, do których nas Pan posyła – przede wszystkim o łaskę otwarcia dla nich. Wydaje się, że innym problemem, chociaż w mniejszym stopniu, jest mentalność tych ludzi, dla których jest wieczna „mañana” czyli jutro. Jutro zrobię co potrzeba, nie ma co się przejmować i martwić wszystkim. W taki sposób przeżywając życie zamykają sobie drogę do konkretnych postaw, których wymaga chrześcijaństwo. Chrześcijaństwo to nie leżenie na słońcu i czekanie. Chrześcijaństwo to ortodoksyjne postawy, czyli takie, które wprost wypływają z Ewangelii. Rozważam teraz Dzieje Apostolskie i doskonale widać to w zachowaniu Apostołów i uczniów Jezusa po zesłaniu Ducha św. Już nie ma czekania, leżenia na kanapie, ale jest konkretne działanie.

Reasumując, nie chcemy się przejmować na pozór niewielkimi efektami czy wręcz brakiem odpowiedzi na głoszone dziesiątkami lat Słowo Boże. Dla Jezusa bijemy się o każdego człowieka. Głosimy Słowo Boże a On niech dalej prowadzi swój Kościół tutaj, w Boliwii. Na koniec opowiem dwie historie, które dobrze pokazują to wszystko, o czym napisałem. Obrazuję to, bo sam lubię czytać historie z życia wzięte.

Wczoraj przed Mszą Świętą ks. Marcin poinformował mnie, że będzie chrzest. Miałem przewodniczyć Eucharystii a on miał udzielić tego sakramentu. Wychodzimy, całujemy ołtarz i patrzę na pierwszą ławkę. Dwie kobiety w swoich tradycyjnych strojach i dwóch mężczyzn ładnie ubranych. Coś się nie zgadza. Myślę „po polsku” i pojawia się pytanie. Gdzie jest dziecko?! Chrzest to zawsze czworo dorosłych i …. słodko wyglądające dziecko! Po chwili zrozumiałem. Po homilii został ochrzczony jeden z mężczyzn z pierwszej ławki.

Druga historia dotyczy jednej z ministrantek. Tak, mamy ministrantki i ministrantów. I muszę przyznać, że jest ich bardzo dużo i są świetnie przygotowani do tej posługi. Jedna z dziewczynek nazywa się Brisa. Jest niskiego wzrostu, zawsze uśmiechnięta. Jest bardzo urocza i uczynna. Zawsze pomaga w posprzątaniu rzeczy liturgicznych po Eucharystii. Jednak jest jeden problem, o którym poinformował mnie ks. Marcin. Brisa nie może przystąpić do Komunii, mimo że czasem posługuje trzymając patenę. Nie jest nawet ochrzczona. Rozmawiał nie raz z jej rodzicami. Oni jednak stwierdzili, że na razie chrzest nie jest jej potrzebny. Powiem szczerze, że w takich sytuacjach nam, misjonarzom serce płacze, ręce są związane i pozostaje tylko modlitwa.

Pozdrawiam wszystkich, którzy są w Polsce. Wiem, że jest już zimno. Nam za to dokucza ustawiczny deszcz. Pisząc ten wpis ciągle słyszę jak tropikalny deszcz uderzenia w szybę.

Sam początek…

To już 3 tygodnie odkąd jestem w Boliwii. Myślę, że czas napisać o moim początku tutaj. Długo się zbierałem, żeby skrobnąć coś na bloga o misjach. Dlaczego? To trudne do wytłumaczenia. Lądując 19.10. w Santa Cruz wkroczyłem w całkiem inny świat. Nie jest on gorszy czy lepszy. Jest bardzo odmienny. Przyjmuję masę nowych wiadomości i doświadczeń. Moja głowa jest pełna, dlatego nie potrafiłem siąść i napisać czegokolwiek o początku. Zresztą i teraz czuję specyficzne rozbicie i niemoc opisania tego wszystkiego.

18 października 2018 r. na zawsze pozostanie w moim sercu. To pożegnanie z rodzicami, gdy wchodziłem do pociągu do Warszawy, a kilka godzin później z Polską, gdy samolot startował. Na końcu rodzice nie potrafili ukryć smutku, gdy przyszedł czas rozstania. Jazda w pociągu to jedna wielka modlitwa wynikająca z mojego wzruszenia. Ciągła pokusa, która szeptała: „Jesteś głupi. Co ty w ogóle robisz?”. A w modlitwie słowa zapewnienia: „Jesteś w Moich rękach! Jedziesz tam, gdzie cię posyłam. Tam jest twoje miejsce”. Muszę przyznać, że ostatni tydzień w Polsce pełny był takich duchowych zmagań. Ale wiem jedno – występują one zawsze, gdy duchowo ma się stać coś bardzo dobrego. Szatan jest czujny i zawsze będzie walczył z tym, co ma być bardzo dobre. Piszę to też po to, Drogi Czytelniku, żebyś wiedział o takim zjawisku w Twoim życiu duchowym. Nie przejmuj się, kiedy masz dziwne myśli i obawy przed pojechaniem na rekolekcje, pójściem na adorację czy pomocą komuś. To nie są Twoje myśli a walka szatana o unicestwienie dobra. W takich chwilach tym bardziej powinieneś zrobić to, co zamierzyłeś.

„Jesteś w Moich rękach” ciągle brzmiało w mojej głowie w czasie całej podróży. I tak też było. Lot do Genewy i San Paulo bez problemów. Wszystkie formalności na Okęciu i w Genewie bez problemów. Lądując w San Paulo dowiedziałem się co oznacza latynoski kraj. Okazało się, że muszę odebrać walizkę i znów ją nadać, a potem zmienić terminal w gąszczu setek osób. I celnicy bardzo zdziwieni: „Jak to pan leci z Brazylii do Boliwii? Lata się w odwrotną stronę”. Jednak srogie miny i szybkie pytania kończyły się, kiedy pytali o zawód. Odpowiadałem, że jestem misjonarzem. Widziałem wtedy wielki uśmiech i szybko oddawany paszport. Może dlatego, że Brazylijczycy są mocno przywiązani do Kościoła? Reasumując, owszem, były te wszystkie perturbacje w San Paulo, ale jestem pewien, że to z Bożą pomocą pokonywałem je bez większych problemów. Po dwóch godzinach siadłem przy swojej bramce w oczekiwaniu na samolot do Boliwii.

Santa Cruz przywitało mnie deszczem i oczywiście wielką wilgotnością. Nie znałem tego zjawiska w tak wielkiej skali, w jakiej tutaj występuje. W momencie wilgoć oblepia cię i sprawia, że twoje ubrania zaczynają być powoli mokre i przylepiające się do ciała. Po 3 tygodniach życia tu wiem, że da się z tym funkcjonować. Wiadomo – to tropik. Przywitałem się gorąco z ks. Marcinem, który od 2 lat jest w Bulo Bulo i sprawuje tu funkcję proboszcza. Jest on oczywiście z diecezji siedleckiej a w seminarium byliśmy razem na roku. Siedzieliśmy nawet w jednej ławce na wykładach. Wsiedliśmy do naszej kilkunastoletniej Toyoty (oczywiście „jeepa”) i mimo zmęczenia po podróży zacząłem obserwować kraj. Pierwsza rzecz to ruch drogowy. Jechaliśmy na zachód drogą, która jest dopiero w fazie tworzenia. Łączy ona dwa ważne i duże miasta – Santa Cruz i Cochabambę. Pisałem już, że wszystko jest inne więc inna też jest kultura jazdy. Tu nikt nie przejmuje się zbytnio innymi uczestnikami ruchu. Jeździ się bez kierunkowskazów albo z włączonymi cały czas. Pasów się nie zapina. Wewnątrz samochodu jedzie tyle osób, ile się zmieści. Czasem widać stary samochód kombi z otwartą klapą, bo siedzi tam kilka osób. Oczywiście ci ostatni jadą ze spuszczonymi nogami machając nimi. Raz widziałem kobietę jadącą w taki sposób, która jednocześnie karmiła dziecko. Co ciekawe, czasem kierowcy potrafią być uprzejmi i przez otwartą szybę machnąć ręką, żeby ich wyminąć. Generalnie, występuje coś w stylu wolnej amerykanki. Ale o dziwo to wszystko działa. 

Droga jest tworzona, dlatego co jakiś czas przejeżdża się odcinkami piaskowymi z wielkimi nierównościami. Co ciekawe, próbuje się ją robić z nowoczesnymi pomysłami, więc ma dwa pasy w jedną stroną i dwa pasy w drugą. Coś jak nasza ekspresówka. Jest tylko jeden problem. Boliwijczycy traktują ją jak dwie drogi i jeżdżą w różnych kierunkach mimo podziału. Istne szaleństwo.

Marcin powiedział, że to dobrze, że mamy w miarę blisko do Santa Cruz. To blisko – prawie 4 godziny jazdy. Ale tak się liczy odległości w Boliwii, która jest 3,5 raza większa niż Polska. I w takim czasie dotarliśmy do Bulo Bulo. Jak tu jest? Jak wygląda miasteczko i parafia? To już w następnym wpisie. Ktoś narzekał, że dodałem za długie wpisy o Hiszpanii. Może i racja. Pisząc to siedzę z chłodzącym mnie wiatrakiem. Na zewnątrz leje rzęsisty tropikalny deszcz, ale i tak jest sporo ponad 30 stopni ciepła. Pozdrawiam z gorącej Boliwii. Pamiętam w modlitwie.

 

 

XXX Niedziela Zwykła 2018 r.

Dzisiejsze Słowo Boże przesiąknięte jest motywem czekania. Czekania nie w krótkim okresie czasu, ale latami. Myślę, że można nazwać ten stan nie czekaniem a już oczekiwaniem. Bo jak nazwać sytuację Izraelitów z pierwszego czytania? Ci ludzie po ich rozproszeniu po różnych krajach przez wrogów z utęsknieniem czekają na lepsze jutro. Są wśród nich kobiety w ciąży, niewidomi i niepełnosprawni. Ale przede wszystkim oni wszyscy są uchodźcami, którzy nie maja swojej ojczyzny.

W drugim czytaniu pokazany jest Jezus jako Syn Boży, który żył wśród ludzi i był dla ludzi. Myśląc o życiu Jezusa bardzo często nasuwa mi się myśl,  ile musiał mieć cierpliwości, żeby oczekiwać na rozpoczęcie konkretnej misji zbawienia ludzi. 30 lat oczekiwania. Do tego czasu zwyczajne ukryte życie.

W Ewangelii widzimy niewidomego spod Jerycha. Nie wiemy kiedy ten człowiek stracił wzrok. Spodziewamy się, że to są długie lata w stanie niepełnosprawności. I to takiej, która popchnęła go do nędzy. Wtedy nie było opieki społecznej, fundacji. Nikt się nim nie zajmował. On tylko czekał z dnia na dzień na to, że coś może się zmieni.

Sytuacja we wszystkich 3 czytaniach jest podobna najbardziej w tym, że oczekujący mają wielkie zaufanie do Boga. Oczekują i wierzą. Naród Wybrany,  który doczekuje się interwencji Boga, który znów pozwala im wrócić do kraju. Jezus, który ze spokojem żyje w Nazarecie, wiedząc, że Ojciec wskaże Mu odpowiedni czas wyjścia z cienia. I niewidomy, który musi wierzyć Bogu, gdyż gdy tylko usłyszał, że przechodzi Mesjasz – Syn Boży krzyczy w niebogłosy. Bo wiedział, że oto idzie ratunek. Oczekiwanie we wszystkich tych sytuacjach opłaca się. W końcu Bóg przychodzi, wybawia i zbawia.

Jak każdy dziś jesteś człowiekiem, który potrzebuje natychmiastowych wyników. Tak kształtuje naszą mentalność świat, który nas otacza. Jednak przenosimy ją także na sferę ducha. Modlimy się i oczekujemy natychmiastowych efektów od Boga. Zobacz, ile razy lekko lub mocniej gniewałeś się na Boga, czasem nawet lekko wątpiąc w Niego. Patrz na dzisiejsze czytanie. Na działanie Boga bardzo często trzeba w zaufaniu oczekiwać. To sprawa miesięcy czy lat. On na pewno rozwiąże każdą sprawę,  bo jest kochającym Ojcem. Ale daj Mu czas, pozwól Jemu działać. Myślę, że w tym uczy nas głebokiej wiary w Niego. A przecież dzięki wierze będziemy zbawieni. Uczeń Boga to człowiek oczekiwania z jasnością patrzący w przyszłość, raczej tą daleką niż bliższą.

Piszę to dlatego, że sam zaczynam przeżywać czas oczekiwania połączony z zaufaniem. W Boliwii mamy 4 miejsca, gdzie spotykamy się z ludźmi. Mimo że głoszenie Słowa Bożego i udzielanie sakramentów dzieje się dzięki misjonarzom od wielu lat to wydaje się, że oddźwięk wiary Boliwijczyków powinien być większy. W ciągu tygodnia bywa, że Eucharystia jest z udziałem naszych sióstr i jednej lub dwóch osób świeckich. W niedzielę osób też jest zbyt mało jak na dość dużą miejscowość jaką jest Bulo Bulo. W zeszłą niedzielę sprawowałem Eucharystię na boisku sportowym dla grupki dzieci. Po ludzku to trochę bez sensu. Ale patrząc na dzisiejsze Słowo wiem, że my misjonarze musimy z wiarą oczekiwać. Czyli być dalej i z tymi ludźmi. Jakie ma być rozwiązanie oczekiwania? Nie wiem i nie chcę pisać Bogu scenariuszy, bo to głupie. Może przebudzenie wiary kiedyś u większej liczby ludzi. A może mamy być dla tej grupki nielicznych. Oddaję to Panu i próbuję oczekiwać nawet latami.

Następny krok: Hiszpania.

Hiszpania to dla wszystkich kraj kojarzący się z pięknymi, słonecznymi wakacjami. Myślimy o czystych plażach, modnych turystycznych miejscach i wielkim odpoczynku. Miasta w Hiszpanii to dla nas Barcelona, Madryt, Sewilla czy Valencia. Wielki odpoczynek wśród przepięknych miejsc, wśród uśmiechniętych ludzi – turystów. To dla nas czasem wymarzona Hiszpania. Ale czy to prawdziwa Hiszpania?

Dla nas, księży wybierających się na misje do krajów hiszpańskojęzycznych, kraj ten to kolejny krok w przygotowaniach. Niesamowicie intensywna nauka języka, poznawanie innego Kościoła niż w Polsce i… łamanie schematów myślenia o tym kraju. Ale po kolei…

Język, inny Kościół niż w Polsce i doświadczenie zaskakującej Hiszpanii to trzy punkty tego wpisu. Ale na początku napiszę jak się tu dostałem i gdzie jestem. Zwyczajem wielu misjonarzy po Centrum Formacji Misyjnej wyjeżdża się na parafię w rodzinnym kraju języka, którego się uczymy. Dlaczego? Bo tam najszybciej zdobyć nowe szlify językowe. Poznaje się księgi liturgiczne, w moim przypadku po hiszpańsku. Jest jeszcze jedna rzecz, na którą zwrócili mi uwagę byli misjonarze – poznaje się pewną mentalność i kulturę ludzi na Półwyspie Iberyjskim, która jest bardzo podobna do panującej w Ameryce Łacińskiej. Przykładem niech będzie np. jedzenie czy pogoda. O tyle jestem w szczęśliwym położeniu, ponieważ w Hiszpanii jest mój kolega Tomek, ksiądz z mojej diecezji i wieloletni misjonarz właśnie z Boliwii. Już w marcu zadzwoniłem do niego pytając o możliwość przyjazdu. Aby pokazać moje ciężkie położenie na samym początku, wspomnę, że nie wyjeżdża się tam, aby towarzyszyć innym księżom w pracy. Jedziemy ich zastępować będąc chwilowymi proboszczami, gdy oni jadą na urlop do swoich rodzin. Tomek z przykrością stwierdził, że ma już zastępstwo na czas swojego urlopu, ale szybko znajdzie dla mnie jakieś inne miejsce. W Hiszpanii ksiądz jest na wagę złota, nawet na zastępstwo. Niedługo zadzwonił do mnie ks. Radek z zaproszeniem. Jest on oczywiście Polakiem, ale skończył seminarium i został wyświęcony w Saragossie. Na początku lipca stawiłem się u niego w miejscowości, która nazywa się Valdeargorfa. Jest to nieduże miasto w Aragonii, diecezja Saragossa. Wczuj się, Drogi Czytelniku w moją sytuację – jak mocno obawiałem się tego, iż zostanę sam na hiszpańskiej parafii. Sam opisywałem we wpisie o Centrum Formacji Misyjnej, że uczyłem się języka od września i sam wiedziałem, że jest to okres tragicznie krótki, żeby móc funkcjonować w Hiszpanii jako proboszcz. Msze, pogrzeby, kancelaria, chrzty, zakrystia, gdzie na całym świecie rozgrywają się różne rozmowy i sprawy wszelkiego rodzaju. Makabra… Ratowała mnie jedna myśl i jej się kurczowo trzymałem. Jeśli Jezus przez ten kraj mnie posyła na misje, to się mną, biedakiem, w tym wszystkim zaopiekuje. I powiem szczerze: jest bardzo dobrze! A piszę to powoli już kończąc pobyt w tym pięknym kraju.

Powróćmy do proponowanego schematu. Punkt pierwszy był bardzo bolący i został już wspomniany. Mój towarzysz raczej niedoli niż doli, czyli język hiszpański na miejscu. Na początku, kiedy byłem z ks. Radkiem na miejscu to dramat. Ja prawie w ogóle nie rozumiałem ludzi rozmawiających z nami. Szybko wymawiane i szeleszczące słowa nie układały mi się w całość. Zmartwiony już widziałem, że moje przyszłe proboszczowanie tutaj będzie wyglądało jak suma Apokalipsy i wszystkich plag egipskich. Po co ja tu przyjeżdżałem??? Kiedy Radek wyjechał do Polski, czekałem na pierwsze sprawy parafialne jak na najgorszy wyrok. Jednak w takich sytuacjach przy minimum zaufania, a takie jeszcze w małych ilościach miałem, Jezus podaje rękę i wyprowadza. Następnego dnia, w sobotę miałem uroczystą Mszę 50-lecia małżeństwa Manolo i Carmen. Wcześniej wszystko ustalał z nami ich syn Juan. Był bardzo sympatyczny i miły i co najważniejsze dla mnie – ciągle powtarzał, że wszystko na Mszy obstawią. Myślę sobie: z tym nie będzie problemu. Mszę Świętą odprawię i homilię powiem. Dzięki Centrum robię to w miarę dobry sposób. Ale oczywiście była to sytuacja, gdzie Pan zamieszał dla mojego dobra. Po przepięknie obstawionej Mszy pełnej gitarowych pieśni i uśmiechów, przyszła do mnie prawie cała rodzina Juana i powiedzieli, że idę z nimi na uroczystą fiestę rodzinną. W drodze wyjaśnili, że wszyscy są z Barcelony i są bardzo blisko Kościoła. Wszyscy, łącznie z dziećmi należą do neokatechumenatu. Całą rodziną przez kilka lat byli na misjach w Urugwaju. Stwierdzili, że wiedzą jak to jest na samym początku, gdy się jest w nowym środowisku, więc będą dbali na fieście, żebym nie był sam. Fiesta okazała się małym weselem. Uwierz, Drogi Czytelniku, że była nawet nasza „gorzka wódka” wyrażona gromkimi okrzykami „Besos, Besos” (pocałunki, pocałunki). Uśmiechnięci 70-latkowie bez tremy dali sobie gorące buziaki. W tym czasie odbyłem mnóstwo rozmów ze starszymi odpowiadając na pytania o Polskę i prawie zawsze o moich rodziców (są bardzo rodzinni) a także słuchając o problemach małych miejscowości. Z młodymi, którzy studiują rozmawiałem o Barcelonie i o fatalnej postawie polskich i hiszpańskich piłkarzy. I z najmłodszą 10-letnią córką Juana, Aną Marią, która kazała mi mówić po polsku jak nazywają się rzeczy na stole, jednocześnie robiąc mi egzamin czy wiem jak nazywają się po hiszpańsku. Bardzo szybko zapomniałem o moich lękach językowych. Dzieło Boże. Wspomnę tylko jeszcze, że następnego dnia dostałem kilka telefonów z ustaleniami co do dwóch pogrzebów. Po tym nie było żadnych wątpliwości co do języka. Z czasem zacząłem rozumieć ludzi coraz więcej i dziś spokojnie z nimi rozmawiam na ulicy, w sklepie czy zakrystii. Jasne, czasem nie rozumiem i dopytuje się. Albo jak dziś, gdy siedząc w kolejce do naszego rzeźnika (tak, siedzi się na krzesłach), nie rozumiałem prawie wcale szybko mówiących hiszpanek opowiadających miejscowe ploteczki i anegdoty. Przede mną jeszcze daleka droga.

Drugi punkt to Kościół w Hiszpanii. Pominę dosyć skomplikowaną historię tego państwa, która niewątpliwie miała wpływ na dzisiejszą sytuację. To każdy może sobie przeczytać używając Google czy Wikipedii. Teraźniejszość jest taka, że Kościół jest bardzo ubogi w wiernych, którzy gorąco wierzą oraz księży, których jest jak na przysłowiowe lekarstwo. Napiszę tylko, że codziennie na Mszę, którą odprawiam przychodzi około 10 osób. Są to starsze kobiety. W niedzielę liczba rośnie i jest może nieco ponad 40 osób. Muszę przyznać, że te osoby, które chodzą codziennie do kościoła są bardzo oddane parafii i pełne zaangażowania. To one sprzątają kościół. To one dbają o kwiaty. Prowadzą śpiew i zawsze przygotowują czytania. Nie ukrywam, że martwią się też czy ksiądz się dobrze czuje i czy ma coś do zjedzenia. Wspominam o tym, bo dostałem reklamówkę pełną hiszpańskich przysmaków z jamon serrano na czele (hiszpańska specjalnie przyrządzana i krojona szynka. Niebo w gębie.). Ale jest to tylko niewielki procent ochrzczonych, którzy praktykują. A wiem, jakie są możliwości parafii. Bo jak wspomniałem, miałem trzy pogrzeby. A w mieście są to zawsze wielkie wydarzenia i wtedy na Mszy kościół jest pełen ludzi. Już na marginesie napiszę, że nie stosuje się klepsydr. Po mieście rozciągnięty jest swoisty radiowęzeł. Odzywa się tylko w 2 sytuacjach. Kiedy odbywa się rynek, ogłaszając co jest do nabycia. I drugi raz w sytuacji czyjejś śmierci, zawiadamiając wszystkich i zapraszając na pogrzeb. Księża to rzadkość a ewenementem są młodzi kapłani. Jakie są braki niech zobrazuje system pracy, w jaki wszedłem. Moją parafią i miejscem zamieszkania jest Valdeargorfa. Ale obsługuję jeszcze 3 miasta, które kiedyś były samodzielnymi parafiami. Co niedzielę jeżdżę łącznie ok. 70 km objeżdżając sympatyczne miasteczko Valdertormo, Valjunkerę z przepięknym kościołem i położonym na dosyć wysokiej górze Fornoles. Do ostatniej miejscowości dojeżdża się drogą z bardzo krętymi serpentynami znanymi mi z poważnych górskich terenów, co sprawia mi niemałą frajdę przez przepiękne widoki. W każdej z tych miejscowości kilkadziesiąt lat temu był ksiądz prowadzący parafię. Dziś obsługuje to tylko jeden ksiądz – nierzadko Polak z pochodzenia lub Kolumbijczyk. Kościoły są stare i piękne, ale najczęściej zaniedbane. Po prostu parafii nie stać na remont zabytków. Mało ludzi to małe ofiary. A władze nie są skore do podjęcia się restauracji, żeby również chronić jakże ważne turystycznie obiekty.  

Ostatni punkt będzie myślę najciekawszy. Jaka ta Hiszpania jest. Napisałem, że zazwyczaj turyści zwiedzając np. Barcelonę i leżąc na plażach wybrzeża myślą, że poznali Hiszpanię. Pod względem turystycznym może i tak. Myślę sobie, że praca tutaj w mojej drodze na misje dała mi poznać choć trochę Hiszpanię tą codzienną, zwyczajną, z tych małych miejscowości. Zaznać tej inności w podejściu do różnych spraw. Ale z drugiej strony zobaczyć, jak jesteśmy podobni do siebie – my, Polacy i Hiszpanie. Ale idąc po kolei. 

Zaskoczyło mnie, że Hiszpanie to ludzie, którzy potrafią dość ciężko pracować. Wokół miasta są wielkie pola drzew oliwkowych i migdałowych. Rolnicy wyjeżdżają naprawdę o wczesnych godzinach rannych, żeby dokonywać zbiorów i wracają wraz ze zmierzchem. Inna rzecz to ich bardzo emocjonalne podejście do wielu spraw co wpływa na relacje z innymi, a także na religijność. Relacje, bo setki razy byłem już poklepywany po plecach, obściskiwany czy dostawałem buziaki (zazwyczaj od starszych kobiet 🙂 ). Wystarczy uśmiech, dobre słowo z mojej strony a odpowiadają bardzo sympatycznie i emocjonalnie. To wpływa na to, że generalnie wszyscy mówią sobie na „ty”. Zarówno mi mówią Pablo, ale i ja, pytając 80-letnią kobietę zwracam się „Aurora” czy „Carmen”. Jak to wpływa na ich religijność? Bardzo lubią wszystko, co można zobaczyć i dotknąć w tej sferze. Dlatego jest tu wielki kult figur Matki Bożej i świętych. Pamiętam jak w święto Joachima i Anny, które w Valdeargorfie jest fiestą (świętem) emerytów pojawiły się przed Mszą figurki tych świętych. Po Mszy świętej na kolacji zorganizowanej dla uczestniczących (zawsze na fieście jest Msza, a jest ich tu 16) długo myślałem, skąd oni wytrzasnęli te figury. Nie przypominałem sobie, żeby gdziekolwiek w zakrystii czy gdzieś indziej stały wcześniej. Następnego dnia, ku mojemu wielkiemu zaskoczeniu zauważyłem, otwierając kościół, że brakuje głównych figur w pięknych ołtarzach bocznych. Zrozumiałem. Przecież stoją przed ołtarzem. Po Mszy św. ofiarowałem pomoc moim starszym kobietom, że pomogę je z powrotem umieścić. W końcu to bardzo wysoko i męska siła wydawała się niezbędna. Jedna z nich spojrzała na mnie jak na wariata i powiedziała stanowczo, że od tego są one, odpowiednie osoby i robią to dziesiątki lat. No tak, jeszcze Anna i Joachim by nie pobłogosławili jakbym pomógł. Pamiętam inną sytuację jak kiedyś po Mszy wparowała mi do zakrystii Carmen i z uśmiechem zaczęła nalewać wodę do małego wiaderka. Zdziwiony pytam po co jej woda. Odpowiedziała, że przy wejściu jest duża kropielnica i jak ksiądz Łukasz wyjeżdżał to pobłogosławił tam wodę, która służy do znaku krzyża na wejście i wyjście z kościoła. Ona wyznaczyła się sama do pilnowania, żeby tej wody nie zabrakło. Jak jest mało to dolewa i ta woda jest ciągle pobłogosławiona. Mimo że rozrzedzona. Bo nie może zabraknąć tej pobłogosławionej przez ich prawdziwego proboszcza. Na koniec, żeby zamknąć sprawę kultu świętych wspomnę, że każdego dnia o godzinie 22 na środku ulicy gromadzimy się przed kapliczką św. Rocha na półgodzinnej nowennie do tego świętego. Przychodzi na nią koło 30 osób. Wśród nich widzę nawet tych, których nie widziałem za mojego pobytu na Mszy św. Mówią, że przychodzą, „bo to jest nasz święty Roch”. 

Kończąc ten wybitnie długi post opowiem krótką historię, która pokazuje tą normalną Hiszpanię, a może nawet i leczyć nas, Polaków, z pewnych pozostałości kompleksów, jakie mamy względem tak zwanego Zachodu. Przez Valdeagorfe przebiega przepiękna droga rowerowa. Któregoś dnia wybrałem się rowerem, który stoi w garażu na plebanii. Była to kolejna już przejażdżka tą trasą. W pewnym momencie ku mojej radości zauważyłem biegacza przed sobą. Ucieszyłem się, bo zazwyczaj jadąc przez wąwozy i pagórki jestem całkiem sam. Podjeżdżam blisko i na plecach koszulki młodego chłopaka, z wyglądu bez wątpienia Hiszpana, widzę barwny i duży napis „PÓŁMARATON WARSZAWSKI”. Z radością przywitałem się i szybko zapytałem skąd ma koszulkę i czy był w Warszawie na tym biegu. Tłumaczę, że jestem Polakiem. Zdziwiony odpowiedział, że nigdzie nie był a koszulkę kupił w sklepie. W takim specjalnym sklepie. Pożegnałem się i odjechałem. Z tego co wiem, to takie koszulki dostaje się tylko startując w biegu. A więc pozostaje tylko jedna ewentualność. Czyżby w Hiszpanii były słynne u nas ciucholandy?!

 

Przygotowanie – Centrum Formacji Misyjnej

Minął ponad rok, odkąd dostałem dekret swojego księdza biskupa z pozwoleniem na wyjazd na misje do Boliwii. Myślę, że jestem zobowiązany napisać co się działo przez ten czas, a także co dzieje się obecnie.

Od września tamtego roku byłem w Centrum Formacji Misyjnej. Mieści się ono w Warszawie na Targówku w dosyć okazałym budynku. Budynek jest duży, bo przyjął w tym roku formacyjnym ponad 20 osób: księży, sióstr zakonnych i świeckich. W Centrum każdy miał swój pokój, są również sale do nauki i jadalnie. Centralnym miejsce była kaplica, w której codziennie mieliśmy Msze św. oraz modlitwy. 

Każdy tydzień był to czas przede wszystkim żmudnej nauki języka. Dla mnie była to często droga przez psychiczną mękę. Zacząłem naukę hiszpańskiego od zera i statystycznie raz na tydzień przeżywałem klasyczne mini załamanie – to bez sensu, nawet nie umiem zdania sklecić. Wtedy wręcz było nie do pomyślenia to, co robię dzisiaj pisząc ten tekst – jestem sam w Hiszpanii prowadząc w zastępstwie parafię. 

Pan Bóg jest łaskaw. W tym przypadku w nauce pobłogosławił mi dwiema rzeczami. Po pierwsze, to nasze nauczycielki – lektorki. Pierwsza z nich to pani Ewa, która wykształciła w hiszpańskim setki misjonarzy. Miała ze mną indywidualne konwersacje. Podziwiałem ją za anielską cierpliwość. Godzinami siedziała sam na sam z każdym z nas wysłuchując naszych prób powiedzenia czegokolwiek. A opowiadać trzeba było dużo, bo miała zawsze w zanadrzu setki pytań. Wszystko oczywiście po hiszpańsku. Przez to, że misjonarzy w kraje hiszpańskojęzyczne było kilkunastu, podzielono nas na 2 grupy zajęciowe. Pani Ewa prowadziła grupę, w której ja nie byłem. Co ciekawe, o przynależności do konkretnej grupy decydowało losowanie, jakie przeprowadziliśmy. Moją profesorką była Pani Marzena – druga z lektorek. Cudowna kobieta, bardzo inteligentna i z wielkim poczuciem humoru. Aby pokazać jak wielką darzyliśmy ją sympatią, to między sobą mówiliśmy o niej „Pani Marzenka” a nawet „nasza Marzenka”. Do niej zawsze zwracaliśmy się: „Pani profesor”. Nigdy nie zapomnę jej wielkiego wysiłku, żeby się nie roześmiać, kiedy mówiliśmy głupoty przemieniając słowa. A uwierz, drogi Czytelniku, że w hiszpańskim można się bardzo tragicznie pomylić. Czasem śmialiśmy się wprost, mówiąc po hiszpańsku zabawne historie albo wymyślając je na poczekaniu. Nie zapomnę jak kiedyś dostaliśmy proste rysunki. I na ich podstawie mieliśmy odpowiadać na kilka pytań zadawanych przez innych. Ks. Przemek (odszedł w styczniu do grupy portugalskiej) dostał zamek. Pytaliśmy przez bitą godzinę go o wszystko, wykorzystując wiedzę zdobytą od początku. Dostał pytania czy to jego zamek, czy jest daleko od Warszawy, czy ma tam konie, baseny, ile pokoi, czy nas zaprasza, a co dostaniemy na obiad (z podaniem całego menu, z napojami i deserem) itp. Uśmialiśmy się do łez a Przemek napocił co nie miara. Ale wtedy szybko się uczyliśmy. Mówiliśmy zapominając, że to hiszpański i że trzeba myśleć jak to powiedzieć. Nasza Pani profesor, jak wspomniałem, była świetną i inteligentną obserwatorką. Widziała kto z nas jest w danym dniu trochę nie w formie. Znała nasze zainteresowania i wykorzystywała to. Kiedy widziała, że odlatuję myślami i powoli zasypiam z otwartymi oczami, od razu dostawałem pytanie o piłkę nożną. Ożywiałem się w momencie i z pasją mówiłem kto wygrał, kto strzelił gola i jaką w Hiszpanii ma ksywę dany piłkarz. Wszystko po hiszpańsku, i pobudzało lepiej niż litrowy Red Bull. Nauczyła nas także odprawiać Mszę świętą mówiąc poprawnie po hiszpańsku. Od stycznia dwa razy w tygodniu mieliśmy ją w swojej grupie. Mieliśmy swoją kolejkę odprawiania i mówienia sprawdzanych wcześniej homilii (nie, siostry nie odprawiały). Dlatego teraz w Hiszpanii wiele osób przychodzi i mówi po Mszy, że dobrze mówię w hiszpańskim. Nie wiedzą, że w tym elemencie jestem wyjątkowo wyćwiczony. Podsumowując, Pani Marzena była dla nas darem Bożym i zawdzięczamy jej dużo. 

Innym błogosławieństwem były relacje, jakie między nami powstały, chociaż ich zażyłość była różna, jak to w większych grupach bywa. Szczególnie mocne i przyjacielskie powstały w naszej grupie językowej. Myślę, że są na tyle mocne, że będą trwałe i pomocne w tym, co Pan przygotował dla każdego z nas poza krajem. Grupa ciekawych i interesujących osób. Opiszę ich trochę, bo w tym miejscu to im się należy. Ks. Grzegorz, człowiek orkiestra, którego wszędzie pełno. Bardzo zdolny i ekspresywny. Wyjeżdża w wysokie góry Peru. Ks. Michał, duży człowiek z dużym sercem. Inteligentny z głośnym tubalnym śmiechem. Co prawda Brazylia ukradła go nam w styczniu – przeszedł na portugalski, ale zawsze sercem był z nami. I ks. Piotr, prawdziwy człowiek ze wschodu (Białystok) ze swoją gościnnością i wielką chęcią relacji z każdym. Z sercem na dłoni. Jedzie też do Peru. 

Byli też i inni. Nasze siostry Wspomożycielki Sióstr Czyśćcowych – Krysia i Ania ze swoim normalnym podejściem do życia i wielkim uśmiechem. Ks. Marek, który jedzie daleko do Papui Nowej Gwinei, elokwentny i z dużą klasą. Ks. Łukasz ze swoim mądrym podejściem do wielu spraw. Może dlatego, że był najstarszy z nas. A jego pokój był miejscem porannych smacznych kaw. Pisząc to w szczególny sposób wspominam także tych, którzy są już w krajach misyjnych. To ks. Stanisław na Kubie i nasza świecka Krysia w Kenii. Na Kubie jest także ks. Dariusz.

Po co był ten okres dziewięciu miesięcy przygotowania? Myślę, że dostaliśmy dużą dawkę języka obcego, która stała się podstawą do kontaktu z ludźmi, do których posłał nas Jezus. Ale ważniejsze jest to, że byliśmy razem. Jeśli ktoś potrafił nawiązać relacje z innymi w Centrum Formacji Misyjnej, będą one dla niego wielkim wsparciem. Dziś, w erze wszechobecnej komunikacji i Internetu w każdym zakątku świata możemy szybko podzielić się radościami i smutkami z bliskimi kolegami, którzy są tak samo misjonarzami.

Woodstock 2017 – rekolekcje o zaufaniu.

            Wszystkie teksty o Bogu, który każdego ogromnie kocha i się opiekuje są mi doskonale znane. Przecież nawet nasze włosy są policzone. Jezus jest z nami do końca świata. Często je głoszę w homiliach. Zachwycam się nimi i rozważam. Ale… jak się okazuje daleko mi jeszcze do absolutnego wprowadzenie ich w życie. Bardzo daleko. Trafne jest tu stwierdzenie, że Słowo Boże najdalszą drogę, jaką ma do przejścia to od głowy do serca człowieka.

            Wraz z Basią i Roksaną stwierdziliśmy, że jeśli mamy ewangelizować na misjach to najpierw trzeba zacząć tu, w Polsce. Czyli Woodstock. Super, rzeczywiście Jezus najpierw wysyła apostołów do swoich, a dopiero dużo później wysyła na krańce świata. Więc pomyślałem, że to dobry pomysł. W końcu lubię rozmawiać z ludźmi, a o Jezusie to w ogóle. Ale z drugiej strony była legenda Woodstocku – z jego absolutną „wolnością, miłością i luzem”. Jak mi się wydawało, jest tam pełno ludzi, którzy raczej nie chcą gadać o Jezusie, a tym bardziej z księdzem. W miarę zbliżania się imprezy chęć ewangelizacji malała we mnie, a legenda owsiakowego festiwalu rosła. I to do niebotycznych rozmiarów. W momencie wyjazdu do Kostrzyna nie chciało mi się jechać. Ale mimo wszystko wiedziałem, że takie natchnienia jak wyjazd, żeby głosić Słowo Boże to musi być natchnienie Ducha Św. Co robić? Porządnie się pomodliłem i oddałem absolutnie wszystko Jezusowi. I podróż, festiwal, nasz Przystanek Jezus jako centrum ewangelizacji na Woodstocku. Szczerze mówiąc, niewiele pomogło. Więc z wielką obawą wyruszyłem w drogę. I zaczęła się szkoła zaufania Bogu.

            Lekcja pierwsza. Droga była długa i męcząca. Było to w niedzielę, a ja po Mszach w parafii. Około 50 km przed Kostrzynem wjechałem do małego miasteczka. Ciężko tam się jeździ ze względu na dziwne rozwiązania na nietypowych skrzyżowaniach. Znalazłem się na jednym z nich. Dwa skrzyżowania w jednym. Najpierw był znak STOP, a potem wjeżdżało się na środek i włączało do ruchu na następnym skrzyżowaniu. Wariactwo. Zatrzymałem się na STOPie. Nikt nie jechał z boku. Wjechałem na skrzyżowaniem i chwilę zacząłem myśleć, gdzie skręcić na następnym. Wystarczyły 2 sekundy. Spojrzałem w bok i zobaczyłem starego Mercedesa, który jechał prosto na mnie. Myślę: spoko, zatrzyma się. To na pewno wyrozumiały kierowca. Nie zatrzymał się. Jadąc niezbyt szybko łupnął mnie w bok. Samochód przesunął sie o kilkadziesiąt centymetrów pod wpływem uderzenia. Oczami wyobraźni zobaczyłem rozbitą z boku moją Toyotę i brak możliwości dojechania na Woodstock. Kierowca tamtego wozu, którym okazał się młody chłopak, zaczął krzyczeć, że nie zatrzymałem się na STOPie i zapłacę za naprawę jego samochodu. Wiedziałem od razu, że to jeden z tych przebiegłych kierowców, którzy wykorzystują takie właśnie sytuacje, by wyremontować sobie wozy. Zjechaliśmy na bok, wybiegliśmy na zewnątrz i patrzymy obydwaj na nasze samochody. To niebywałe! Na żadnym nie ma śladu stłuczki! Przez głowę przebiegła mi myśl: przecież zawierzyłeś całą drogę Jezusowi. Zacząłem się uśmiechać. A chłopak nie wiedząc co powiedzieć, zaczął szybko mówić, że nie wie jak to sie stało i że chciał dać mi nauczkę, że wjeżdżam bez uważania. Z niechęcią powiedział: Co, jedziesz na ten cały Woodstock?! Odpowiedziałem, że tak, a raczej na odbywający się na nim Przystanek Jezus, bo jestem księdzem. Złapał się za głowę i krzyknął: O nie! Walnąłem w księciunia!!! Uściskałem go mocno i pożegnaliśmy się z uśmiechem na twarzy. Teraz wiem, że to był znak, żebym Mu zaufał. Potrzebny był znak ekstremalny. To było przygotowanie do zaufania tam, w Kostrzynie.

            Druga lekcja. Sam Kostrzyn, Woodstock, Przystanek Jezus. W niedzielę rozpoczęliśmy rekolekcje przed tym, co chcieliśmy zrobić, a raczej chcieliśmy, żeby zrobił przez nas Duch Św. Prowadził je biskup Edward Dajczak. Pusto na Woodstocku, który zaczynał się dopiero w czwartek. Na początku szok. Ze względu na wspólnotę, którą tworzyli przyszli ewangelizatorzy. Nigdy nie widziałem tak uśmiechniętych i życzliwych ludzi, z którymi można było porozmawiać w każdej chwili nie znając ich wcześniej. Bardzo szybko wydedukowałem, że to przez Tego, który nas tam zgromadził. Świetne rekolekcje, uwielbienia, spotkania, rozmowy. Idealnie. Tylko w mojej głowie znów rósł problem: jak wyjdę od czwartku do ludzi, którzy, jak mi się wydawało, z natury będą do mnie co najmniej nieprzyjaźnie nastawieni. A idąc w sutannie informujesz wszech i wobec, że idziesz z Jezusem (i bardzo dobrze). Śmiałem się do dziewczyn, że wyjedziemy w czwartek do domu, żeby nie iść na Woodstock. Z biegiem czasu moja niechęć była coraz większa. Zdaję sobie sprawę, że diabeł też mocno działał bazując na moich lękach. W ostatnim dniu rekolekcji na myśl o ewangelizowaniu dostawałem maksymalnych duchowych mdłości. Wyglądało to tragicznie. Oprócz Ducha Św., który mnie wykopał ze strefy komfortu na Przystanku Jezus do ludzi na zewnątrz, były jeszcze 2 rzeczy: to, że przekonałem się nie raz, że jeśli Bóg mnie gdzieś stawia to nie przez przypadek i jestem do tego posłany (a przecież tam realnie byłem) oraz to, że, jak zawsze żartuję, jestem chłopakiem ze Wschodu, więc muszę prezentować twardość i wielki upór. Przed pierwszym wyjściem poszedłem przed Najświętszy Sakrament, który był ciągle wystawiony i ciągle masowo adorowany przez ewangelizatorów. Znów rozmowa z Nim, że oddaję Mu wszystko. I krok poza „kanapę” był dla mnie krokiem milowym. I wielkim zdziwieniem. Idąc w sutannie nie zostałem, jak mi zdawało wcześniej, opluty, znieważony, zlekceważony. Byli za to ludzie bardzo chętni do rozmów. Nie rozumiejący nauki Kościoła i otwarci na przyjęcie jej w dialogu. Tu było dużo rozmów o seksie przedmałżeńskim, konkubinacie. Ludzie, którzy łapali mnie za rękaw i prosili o rozmowę będąc w wielkiej desperacji duchowej, chcąc absolutnych zmian. Kilka razy spowiadałem siedząc na krawężniku obok śmieci. A w sensie duchowym były to niesamowite dialogi –  człowieka z potęgą miłosierdzia Bożego, które otwiera całkiem nowe perspektywy. Były podziękowania, łzy, uśmiechy, zawsze mocno przytulali i mówili: dobrze, że jesteście. To, co stało się przez tych kilka dni ewangelizacji to były jedne wielkie rekolekcje. Rekolekcje przede wszystkim dla nas, ewangelizatorów. Zobaczyliśmy, że Jezus wprost działa, i to przez nasze ręce. Ale tylko wtedy, gdy oddamy Mu całego siebie zostawiając absolutnie wszystkie swoje lęki.

            Kilka razy pytano mnie, jakie wydarzenie najbardziej zapamiętałem z Woodstocku. Jest jedno, którego nie zapomnę nigdy. Ostatniego dnia idąc przez pola festiwalu zauważyłem ewangelizatorów z tabliczką: Mycie nóg za darmo. Obok zobaczyłem księdza od nas, który nachylony mył komuś nogi. Miał miednicę, pachnące mydło i białe ręczniki papierowe do wycierania. Zacząłem w głowie szybko myśleć: to chyba przesada! W jakim celu?! W tym momencie ksiądz zobaczył mnie i podszedł mówiąc, żebym mu pomógł, bo jest druga miednica, a ludzie cały czas podchodzą. Podchodziłem bardzo wolno, lekko panikując i szybko myśląc: za dużo, w sutannie?, brudne nogi, nigdy tego nie robiłem… itp. W jednym momencie ewangelizatorka wyłowiła mi z tłumu młodego, dwudziestokilkuletniego chłopaka. Mówił tylko, że nie za bardzo chce, bo on jest ateistą więc, nie powinien do księży. Nie jego bajka. Jednak usiadł. W czasie, gdy myłem mu nogi miał duże jak pięciozłotówki pytające, zadziwione oczy. W końcu wybąknął: Dlaczego mi to robisz? Odpowiedziałem pierwszą myślą: Bo nasz Mistrz tak robił.

            To był początek długiej, ciekawej rozmowy. Takiej, jakich setki odbywały się tam, gdzie Jezus upodobał sobie konkretnie działać. Przede wszystkim w sercach ludzi. Zarówno tych, którzy nieśli ze sobą czteropak piwa czy mieli identyfikator z napisem „Przystanek Jezus.”