Dzieci ulicy?

Dzieci ulicy. Z tym terminem pierwszy raz spotkałem się wiele lat temu w kontekście opowieści misjonarzy o fawelach brazylijskich. Opowiadali o dzieciach i młodzieży opuszczonej przez dorosłych, wychowujących się w bardzo patologicznych warunkach. Nie wiedziałem, że kiedyś zwrot ten zostanie użyty, i to całkowicie zgodnie z prawdą, w kontekście dzieci z jakiejkolwiek mojej parafii. Nie wybierałem się i nie wybieram na tą chwilę do pracy w wielkich miastach Brazylii. Dlaczego więc o tym mówię?

Określenie dzieci ulicy padło odnośnie najmłodszych, którzy żyją w Omereque. Początek w tej parafii to duży problem z zachowywaniem się dzieci. Od samego początku potrafiły z dzikim wrzaskiem wkraczać na teren wokół domu parafialnego, a czasem nawet do domu. Chowały się po domu i w ogrodzie. Zdarzyło się, że kilka musiałem je wyciągać spod samochodu. Moje doświadczenie z dziećmi w Boliwii było totalnie inne. Zazwyczaj były wstydliwe, a jeśli rozmawiały były bardzo grzeczne. Moje w Omereque potrafiły dzwonić dzwonkiem do biura parafialnego, które jest w domu kilkanaście razy dziennie uciekając później lub pytając czy mam cukierki. Po 2 tygodniach mojego pobytu zobaczyłem, że tego żywiołu nie da się opanować. Zacząłem stosować dosyć mocne reprymendy co muszę przyznać raniło moje pasterskie serce. Ale inaczej się nie dało. Trzeba wspomnieć także, że dzieci bardzo często zakłócały Msze św. i Adoracje Najświętszego Sakramentu. Potrafiły wkraczać do kościoła i krzyczeć lub stojąc miedzy ławkami głośno rozmawiać między sobą. Totalny horror. Jest ich około 30-40 i spędzają całe dni na placu przed kościołem kończąc swoje zabawy i krzyki nawet o północy. Z przerażeniem widziałem jak raz skaczą po małej ciężarówce wchodząc na jej kabinę i z dzikości obsypywały ją kamieniami i piachem. Z czasem, po reprymendach a czasem i naszych rozmowach sytuacja z nimi trochę się poprawiała. Nie dokuczają mi już dzwonieniem i nie wkraczają z dzikością do domu. Pracujemy nad uczeniem zachowywania się w kościele. Zaczynają rozumieć, że w kościele jest ktoś niezwykły, bo ostatnio, gdy zamykałem kościół jedna mała i brudna dziewczynka zapytała: Czyli Pan Bóg idzie już spać, bo zamykasz kościół, Padre?

Z czasem dowiedziałem się o problemie dzieci tu, a właściwie myślę, że to bardziej problem dorosłych. Ludzie tu, jak pisałem wcześniej, pracują tu od wschodu do zachodu słońca. Niestety jak zauważyłem jest to mała obsesja pracy. Nic się nie liczy, tylko żeby mieć pracę i zarabiać jakiekolwiek pieniądze. Niestety najgorsze owoce takiego myślenia zbierają w rodzinach dzieci. Zostają one całymi tygodniami bez jakiejkolwiek opieki. Gdy wstają rano przed szkołą rodziców już nie ma, gdyż są już na polu. Same wybierają się do szkoły. Lidia, która mieszka ze swoją rodziną na terenie parafii jest sekretarką w szkole. Mówi, że często dzieci przychodzą do szkoły bardzo zaniedbane i bez porannej toalety. Nie ma kto o to zadbać. Kiedy wracają ze szkoły rodziców wciąż nie ma. Więc wychodzą wszyscy, zbierają się na placu głównym i bawią się aż do północy. Myślę, że wracają tylko na chwilę do domu wieczorem, żeby zjeść to, co przygotowały mamy po powrocie z pola. Po zabawie około północy wracają, gdy rodzice już śpią, bo muszą wstać koło wschodu słońca, aby wrócić na pola. Jak widać, dzieci w większości domów są całkowicie opuszczone, bez opieki swoich rodziców i bez ich jakże ważnego wychowania. Z czasem zrozumiałem, że nie są to „złe dzieci”. Po prostu nikt ich nie wychowuje pokazując jak powinny się zachowywać i budować relacje między sobą i dorosłymi.

Tam, gdzie rozlewa się grzech tym silniej rozlewa się łaska – powiedział św. Augustyn. Znaczy, gdzie jest badziewie i ciemność, tam mocniej działa Jezus. Dlatego Pan poprowadził tak duszpasterstwo, że teraz najbardziej ukierunkowane jest ono na dzieci. Kiedy przyjechałem do Omereque przez pierwsze 2 miesiące nie miałem ani jednego ministranta. Na początku marca podszedłem po Mszy do trzech dziewczynek uczęszczających na Msze św. niedzielną i zapytałem czy nie chcą służyć jako ministrantki. Bardzo szybko się w to wciągnęły. Wraz z Basią znaleźliśmy dla nich alby i po kilku spotkaniach zaczęły powoli sprawować swoje funkcje przy ołtarzu. Po jakim czasie zgłosiło się następnych 7 osób chcących dołączyć do grona ministrantów. Razem z Basią chcemy nie tylko uczyć ich służyć, ale także wychowywać. Dlatego każde spotkanie tygodniowe to nauka, rozmowa, a później w salce parafialnej mogą przebywać oglądając filmy lub też korzystając z dostępnych dla nich gier i puzzli. Jesteśmy na etapie doposażania salki. Kupujemy dla nich gry, które mają uczyć i budować relacje. Jednocześnie muszę podkreślić wielką rolę w tej grupie Basi, misjonarki świeckiej. Dziewczynki z grupy pokochały ją od początku. Ze względu na to też, że pomagała im podpowiadając w czasie Mszy co mają zrobić. 

Następna grupa parafialna wychowuje dzieciaki przez sport. Nie ukrywam, że to trochę moje „oczko w głowie”. Niedawno zgłosił się do mnie nauczyciel wychowania fizycznego pytając czy może pożyczać boisko parafialne, żeby trenować dzieciaki grające w piłkę nożną. Bardzo szybko powstał projekt zorganizowania Parafialnej Szkółki Piłki Nożnej. Mamy w niej 30 osób. Połowa z nich pochodzi z rodzin, które chcą płacić za czas poświęcony przez trenera. Jednak połowa z tych dzieciaków jest z rodzin bardzo biednych i dlatego za nie płaci parafia. Dodatkowo, parafia przygotowuje i utrzymuje boisko. Musimy naprawić popsute bramki i odmalować linie. Musieliśmy także wyciąć część drzew, które zaśmiecały boisko. Zakupiliśmy potrzebne pachołki i koszulki treningowe, które odróżniają dwie grupy. Dzięki ofierze, którą jeszcze dostaliśmy na ten cel od pana Leszka Karbowiaka z Łosic kupiliśmy 11 piłek. Chłopcy i dziewczynki ze szkółki nie tylko trenują, ale także przed każdym treningiem wspólnie się modlimy oraz mają swoje specjalne msze. W przyszłości będziemy organizować z nimi także krótkie spotkania na temat wartości i Ewangelii. Poszukujemy także pieniędzy na zakup koszulek meczowych dla wszystkich. Koszt jednej koszulki jest ok. 60 złotych. Sport jako pasja oraz wychowywanie przez sport. Te dwie rzeczywistości łączą się i myślę, że uformują chociaż trochę nasze dzieci ulicy.

W marcu pojawili się u mnie rodzice dzieci z Kinder, czyli z naszej zerówki. Skarżyli się, że ze względu na przepisy szkolne w czasie pandemii, które dzielą klasy na dwie grupy, dla ich dzieci nie ma miejsca i zajęcia zostały zawieszone. Poprosili mnie czy mogę im wypożyczać na zajęcia największą salę parafialną. Przynieśli ze sobą podanie z prośbą od dyrektora szkoły. Stwierdziłem, że to super okazja, aby dzieci wychowywały się przy kościele i miały jakikolwiek kontakt z parafią i ze mną. Zgodziłem się prosząc tylko o posprzątanie budynku i terenu wokół. Przez 2 dni sprzątali rodzice 40 dzieci zostawiając piękny porządek. Dzieci rozpoczęły swoje zajęcia. Czasem do nich zajrzę i krzyknę witając się Buenos Dias. Odpowiadają wszystkie: Buenos Dias, Padre,  robiąc przy tym niezły rumor. 

Duch Święty, który zawsze prowadzi duszpasterstwo pozwala nam zbliżać się do najmłodszych, którzy cierpią z powodu braku uwagi i wychowania. Myślę, że z czasem, gdy dostaną te dwie rzeczy przemienią się z dzieci ulicy na normalne dzieciaki jak w każdej parafii: brojące, ale tylko czasem i z dużymi uśmiechami. 

Omereque – nowa parafia.

Życie misjonarza to ciągłe zmiany i mimo wszystko duża niewiadoma. W listopadzie zostałem poproszony przez miejscowego biskupa o zmianę miejsca pracy. Księża boliwijscy biorą coraz większą odpowiedzialność za Kościół lokalny i przez to mogą objąć urząd proboszcza katedralnego. Dlatego od 1 stycznia przestałem pracować w katedrze w Aiquile i rozpocząłem pracę w parafii Matki Bożej Różańcowej w Omereque. 

Omereque jest niedużym miastem rozłożonym na kilka części u podnóża wysokich gór. Znane jest w regionie z produkcji owoców tropikalnych i warzyw. Położone jest w głębokiej dolinie, na dnie której płynie dość duża i wartka rzeka. Rzeka to woda, a woda to życie w Boliwii, gdzie wszystko schnie przez wysoką temperaturę i słońce. Wzdłuż rzeki położone są pola i poprowadzone są także kanały doprowadzające wodę do pól. Jeśli pola są daleko, ludzie używają starych cystern do dowożenie wody podlewając codziennie swoje uprawy. Kto słyszał lub czytał o mojej poprzedniej parafii wie, że duża część mojej pracy to wyjazdy na wioski położone w górach. Teraz ich mam dużo mniej, dlatego będę mógł poświęcić im dużo więcej czasu. Przez 3 miesiące odwiedziłem prawie wszystkie z nich. Dwie są na prawdę daleko (ponad 2 h jazdy) i droga do nich jest dosyć niebezpieczna, pełna  przepaści. Ludzie żyją tam biednie, hodując kukurydzę. Reszta wiosek nie jest położona w tak trudno dostępnych miejscach, jednak oddalone są od kościoła dość sporo. Specyfika tych miejsc jest podobna jak Omereque. Ludzie pracują dużo w trudnych warunkach od wschodu aż do zachodu. Dlatego na wioskach proszą mnie o msze dopiero po zachodzie słońca, gdy zakończą swoją pracę. Praktykuję więc duszpasterstwo dość nietypowe, bo nocne wracając czasem do domu koło 21 i później. 

Codziennie odprawiam Mszę św. w Omereque, jednak Mszę św. niedzielną odprawiam co tydzień jeszcze w czterech kaplicach. W sobotę wieczorem w kaplicy w Peña Colorada. W niedzielę w kaplicy w Mataral, gdzie mieszkają siostry zakonne prowadzące internat dla dziewczyn oraz w kaplicy w Viña. W poniedziałki jeżdżę do kaplicy w Pucará. Koronawirus i brak księdza w mojej parafii dotknęły bardzo moich parafian. Na początku mojej pracy okazało się, że w niedzielę nie przychodzi ani jeden ministrant a w 2 niedzielę mojego pobytu na Mszy w kościele była… 1 osoba. Jednak po 3 rozmów, informowania i systematycznej pracy w kościele każdego tygodnia przybywa ludzi. Podobnie w kaplicach. Z ministrantami była inna historia. Zauważyłem, że prawie na każdej Mszy są 3 dziewczynki. Po jednej z mszy podszedłem i zagadnąłem czy chcą być ministrantkami. Były zachwycone. Przyszły w następną sobotę na spotkanie. Były zachwycone, że dostają swoje alby i ich miejscem od tej pory będzie prezbiterium i zakrystia. Po pierwszej niedzieli i prezentacji dziewczynek jako ministrantki, za co dostały od wszystkich brawa, przyszli chłopcy pytając czy mogą służyć z dziewczynami. Poco a poco, co oznacza w hiszpańskim powoli, powoli. Generalnie zostawiam sprawę duszpasterstwa w rękach Jezusa. Ja robię, ile mogę.

Inna kwestia tej parafii to rzeczy materialne. Ta strona, mówiąc to z uśmiechem, dotknęła mnie mocno. Parafia poza bardzo skromną tacą (wiadomo), ma dochód z wynajmu swojego budynku dla banku spółdzielczego. Pozwala to pokryć bardzo podstawowe wydatki. Jednak drugiego dnia mojego pobytu w Omereque przyszedł dyrektor banku i stwierdził, że mogą dalej wynajmować budynek, ale postawił poważny warunek – dosyć duży remont dostosowujący budynek do standardów banku. Zrobiliśmy go przez ten czas. Koszt wyniósł 3 500 dolarów. Jednak zapewnia to jakikolwiek dochód na następne lata parafii. Gdy wracałem z oglądania budynku przed remontem, dowiedziawszy się o kosztach humor mocno mi nie dopisywał. Ze spuszczoną głową wracając z banku spotkała mnie niecodzienna niespodzianka. Za moim ogrodem zobaczyłem ludzi wędrujących drogą na swoje pola. Zdziwiłem się bardzo, bo wcześniej nie było takiego widoku, gdyż stał w tym miejscu 2 metrowy mur odgradzający parafię od pól. Nie wierzyłem własnym oczom. Mur po nocnych deszczach padł. Murarz nie zdziwił się, gdy go zawołałem. Zbudowany był, jak reszta starszych budynków, z adobe, czyli słomy i błota. Dodał jeszcze, że nie raz radził wymianę całego muru widząc jego stan. Zapytałem o koszt postawienia nowego muru. Odpowiedź: 3 000 dolarów i to najstarszej części, która stanowi 40 % całości ogrodzenia. To nie był dobry dzień. Mur jest bardzo potrzebny, gdyż broni teren parafii przed dzikimi zwierzętami, a także, nie ma co ukrywać, przed złodziejami. Następnego dnia postawiliśmy z rozbitych starych cegieł wzmocnioną prowizorkę. Teraz, gdy to piszę rozpoczynamy budowę. Po historii z murem i bankiem dowiedziałem się, że parafia potrzebuje nowej pompy wody. Ta, która była zainstalowana pompowała wodę ze studni na dom parafialny była bardzo mała ze słabym ciśnieniem, co utrudniało bardzo funkcjonowanie takie jak np. pranie ubrań (pralka odmawiała współpracy). Znalazłem pompę i kupiłem. Później dowiedziałem się, że brak jest też pompy wypompowującej ścieki. Kolejny zakup. Gdy przyjechałem, ogród i boisko zarośnięte były totalnie trawą i chwastami do wysokości pasa. Dowiedziałem się, że parafia nie ma kosiarki do uporządkowania tego. Znów zakupiłem. Po tych wszystkich historiach jeszcze bardziej do mnie dotarło jak niesamowicie ważne jest wsparcie materialne od ludzi w Polsce. Dzięki niemu mogłem i mogę kupić rzeczy najważniejsze do funkcjonowania jakiegokolwiek parafii. 

W międzyczasie okazało się, że w kościele potrzebny jest stolarz. Zastałem zrujnowany konfesjonał, przy którym nie da się spowiadać i pod obrusem na ołtarzu, na którym stoi tabernakulum odkryłem wielką część głęboko spalonej powierzchni. Najprawdopodobniej był mały pożar spowodowany zostawioną świecą. Jesteśmy w trakcie naprawy tego. Jednocześnie kościół potrzebuje nowych drewnianych siedzeń dla księży w miejscu przewodniczenia. Jedno z nich jest rozbite na pół. Chcę też zakupić stojak na paschał. I to, co czeka mnie w przyszłości to malowanie całego kościoła wewnątrz. Ostatnio był malowany myślę, że koło 10 lat temu, a może i więcej. W prezbiterium zastosowano szaro – stalową farbę, którą pomalowano ściany, na których jest przyklejony papier. Taką technikę wtedy stosowano. Nowe malowanie i właściwie zaprezentowane miejsce przewodniczenia spowoduje, że świątynia będzie miejscem bardziej godnym na spotkanie człowieka z Bogiem.

Opisana przeze mnie sytuacja jest tylko dość ogólnym zarysem tego, co mnie spotkało ostatnio. Ale chcę chociaż tyle przekazać tym, którzy pamiętają, modlą się za misje i ofiarują dary materialne. Jednocześnie mam nadzieję, że to wytłumaczy też dlaczego tak mało ostatnio tu piszę. Ogrom obowiązków powoduje, że czasem zapominam o kontakcie z Wami, drodzy Czytelnicy i Dobroczyńcy. Mimo to, pamiętam o Was w modlitwie.

Aiquile.

1 grudnia 2019 roku rozpocząłem pracę w Aiquile. Jest to przepiękne miasto położone wśród wysokich gór. Co ciekawe, jest też atrakcją turystyczną nie tylko dla zagranicznych turystów, ale także dla Boliwijczyków. Pracuję tu prawie 3 miesiąc i ciągle ktoś przed katedrą robi zdjęcia albo pyta czy nie możemy mu otworzyć świątyni. Kiedy mam czas z chęcią udostępniam i oprowadzam. Kilka razy zdarzyło się, że byli to ludzie z La Paz, Santa Cruz czy, wydaje się, niedalekiej Cochabamby. Dlaczego jest tak ciekawe? Bo jak już zaznaczyłem otoczone jest górami; bo bardzo straszna przeszłość miasta przemieniła się w piękną teraźniejszość. Tak jak w Ewangelii śmierć prowadzi do Zmartwychwstania i życia. Ponad 20 lat temu Aiquile nawiedziło potężne trzęsienie ziemi. Praktycznie zniszczyło całe miasto razem z katedrą. Pogrzebało ono wiele ludzkich żyć. Ludzie opowiadali mi, że widok miasta przypominał obrazy z apokalipsy. Wszystko było w ruinie i wszechobecnym pyle. Jednak z wielkim męstwem mieszkańcy rozpoczęli odbudowę swojego miasta. Nie ma co ukrywać z pomocą wielu ludzi z zagranicy. Dlatego dziś miasto wygląda jak nowonarodzone. Jest czyste i uporządkowane. A perełką jest katedra, która błyszczy szczególnym pięknem na zewnątrz i olśniewa sztuką rzeźbiarską w środku. Kiedyś do turystów ze stolicy Boliwii, La Paz, zażartowałem, że u siebie mają wszystko tylko nie tak piękny kościół jak w Aiquile. Po chwili zastanowienia stwierdzili: Masz rację, Padre. Ku mojemu zaskoczeniu. Innym walorem turystycznym jest to, że Aiquile jest stolicą charango. To nieduża boliwijska gitara o pięknym brzmieniu, czego doświadczam też w czasie Mszy. Młodzież z naszego chóru akompaniuje tym instrumentem. To tutaj wyrabia się ten instrument, sprzedaje najlepsze i organizuje się słynne festiwale charango. Ostatnim wydarzeniem, które ściąga turystów to fiesta parafialna. To opiszę w innym poście, gdy przeżyję ten, po polsku określając, odpust ku czci Matki Bożej Gromnicznej.

Od miasta przeszedłem w miarę płynnie do parafii, którą teraz zechcę w skrócie opisać. W mieście ma swoją siedzibę nasz biskup i z tego powodu nasz kościół należy do niego. Ma swoje specjalne wyeksponowane miejsce z herbem. Przez to też nasz kościół pod wezwaniem św. Piotra ma miano katedry. Jeżeli chodzi o czynnik ludzki parafia składa się jakby z dwóch odmiennych światów. Jeden należy do Aiquileńczyków z miasta. Mają oni bezpośredni dostęp do kościoła. Żyją w mieście i z tego co obserwuję, dobrze sobie radzą z codziennością. Mają sklepiki, rynek, usługi i transport międzymiastowy. Mówią w większości po hiszpańsku. 

Druga część zupełnie odmienna to campesinos. To ludzie żyjący w wioskach bardzo często położonych w wysokich częściach częściach gór oddalonych od Aiquille od 30 minut jazdy aż do 2 godzin. Drogi do tych wiosek są bardzo kręte i w pewnych miejscach niebezpieczne. Żyją oni bardzo biednie pracując na roli. Ziemia nie jest dla nich łaskawa co jest normalne biorąc pod uwagę wysokość nad poziomem morza. Pracują ręcznie lub przy pomocy zwierząt, jeśli je mają. Najczęściej nie mają elektryczności. Muszę przyznać, że są bardzo biedni. Aby kupić cokolwiek muszą iść wiele godzin pieszo do Aiquile. Wstępują wtedy na Eucharystię modląc się za zmarłych. Kobiety przynoszą ze sobą swoje dzieci, które noszą w specjalnych chustach. Mówią zazwyczaj w języku Indian, który nazywa się quechua. Młodzi przez to że dojeżdżają do nich nauczyciele mówią po hiszpańsku. Starsi nie mówią po hiszpańsku, ale rozumieją ten język, co pozwala mi ich na przykład spowiadać.

Praca nasza jako księży kiedy jesteśmy w mieście nie odbiega bardzo od pracy w Polsce. Mamy ministrantów i ministrantki, przygotowanie do I Komunii i bierzmowania oraz inne ruchy parafialne. Jednak w ciągu tygodnia wyjeżdżamy w góry do wiosek. Mi osobiście służy do tego stara, ponad 20-letnia Toyota, do której pakuję niezbędne rzeczy do Mszy. Zabieram ze sobą siostrę zakonną do pomocy i katechistę, najczęściej Don Zenona, który zna wszystkie wioski i drogi jak własną kieszeń. Osoby te są nieocenione w pracy w górach. Siostra przygotowuje Mszę św. zaś katechista w czasie gdy ja spowiadam katechizuje, a potem, jeśli trzeba, tłumaczy na quechua moje kazanie. Co ważne, wieziemy ze sobą dla tych ludzi różne rzeczy: ryż, makaron a nawet ubrania. Czasem paczka ryżu lub makaronu którą dostają jest jedynym posiłkiem w tym dniu dla rodziny. Dużo rzeczy pochodzi ze zbiórek, jakie robimy w mieście, ale trzeba przyznać, że większość z tych rzeczy kupujemy z ofiar ludzi z Polski. Takie wizyty nie są częste. W każdej wiosce jesteśmy 2-3 razy w roku. Wynika to z tego, że parafia Aiquile ma tych wiosek ponad 50 a obecnie pracuje w niej tylko dwóch księży.

Boliwia – rozpoczyna się rok II część 2.

Po perturbacjach związanych z lotem wylądowałem w zablokowanym Santa Cruz. Każda ulica była zablokowana, ludzie na ulicach. Z  ks. Marcinem udało nam się przedostać z lotniska do domu franciszkanów. Nie ma co ukrywać, mówiąc, że jesteśmy padres pozwalano nam podróżować dalej lub wskazywano objazd. W zablokowanym pół umarłym mieście bez ruchu drogowego byłem ponad miesiąc. Dwa tygodnie w domu franciszkanów, gdzie odprawiając Mszę, czytając książki spacerowałem i mogłem obserwować protesty ludzi. Czasem rozmawiałem z nimi. Byli zdesperowani, aby zmienić Boliwię. Jednocześnie wyczuwalna była wszechobecna atmosfera strachu. Co będzie dalej? Wojna domowa? Wojsko na ulicach. Tłumaczyli mi nie jeden raz w ciągu tego miesiąca co czują i myślą na temat wolności i demokracji. Sugerowano mi też, że nie zrozumiem do końca tego, bo jestem obcokrajowcem a tam zawsze wolność. Szybko odpowiadałem wtedy, że nikt nie zrozumie ich walki o wolność tak jak Polacy. Opowiadałem o dziesiątkach lat naszej niewoli i o obaleniu komunizmu. Walki trochę, jakby nie było, podobnej jak w Boliwii. A robiło się coraz bardziej poważnie. W sklepach zaczęło brakować produktów przez brak dostaw. Mieszkańcy Santa Cruz zaczęli organizować posiłki dla najuboższych, którzy w tej sytuacji zostaliby skazani na głód.

Po 2 tygodniach przebywania u Franciszkanów, skontaktowałem się z ks. Michałem, który jest z diecezji siedleckiej i pracuje jako proboszcz w Santa Cruz. Oczywiście zaprosił mnie, bo potrzebuje pomocy na parafii i stwierdziliśmy, że razem będzie łatwiej przeżywać ten ciekawy i trudny czas. Następnego dnia zjadłem śniadanie, zapakowałem najpotrzebniejsze rzeczy do plecaka i udałem się w kilkunastokilometrową podróż pieszo. Był ona bardzo interesująca, gdyż trzeba było pokonać wiele blokad i obserwowałem życie ludzi w tych miejscach. Na środku blokowanej drogi postawiono namioty od deszczu a w środku stoliki, krzesełka, małe lodówki przenośne na jedzenie, napoje i wszystkie rzeczy potrzebne do przebywania tam dniem i nocą. Dodatkowo interesującym doświadczeniem było poruszanie się w mieście, gdzie umarła komunikacja. Santa Cruz znane jest z niekończących się korków i mnóstwa samochodów. Teraz ludzie spacerowali środkiem najbardziej zakorkowanych wcześniej samochodami arterii. 

Po przybyciu na miejsce dostałem swój pokój na plebanii i rozpocząłem pracę na parafii ks. Michała. Mieliśmy w tym czasie dużo pracy. Ludzie nie chodzili do pracy a dzieci do szkoły. Parafianie mieli czas skorzystać z codziennej Eucharystii. Dodatkowo atmosfera niebezpieczeństwa spowodowała, że mnóstwo osób chciało się pojednać z Panem w sakramencie pokuty i pojednania. Bardzo dobrze wspominam ten czas wzmożonej pracy duszpasterskiej, rozmów kapłańskich i wielu nowych serdecznych znajomości.

W niedzielę 25 listopada, kiedy odpoczywaliśmy po obiedzie czekając na Mszę świętą wieczorową usłyszeliśmy niecodzienne odgłosy wybuchu euforii całego miasta. Ludzie krzyczeli z radości, trąbili samochodami, śmiali się i płakali. Evo Morales zrezygnował z bycia prezydentem i ogłosił to przez telewizję. Następnego dnia uciekł specjalnym samolotem do Meksyku. Wcześniej posłuszeństwo wypowiedziała mu policja, która stwierdziła, że nie wyjdzie walczyć przeciwko rodakom. A następnie wojsko. Nie miał wyjścia. A to wprawiło walczących z determinacją o wolność i demokracje w euforię. Skończyła się blokada. Skończyło się niebezpieczeństwo wojny. Prezydentem tymczasowym została jedna z osób z opozycji nominowana w tej sytuacji zgodnie z przepisami konstytucji. Ja mogłem pożegnać się z Santa Cruz i udać się na nową parafię w górach w Aiquile.

Na zdjęciu mural z Santa Cruz powstały w czasie protestów: „Boliwia dla Chrystusa”

Boliwia – rozpoczyna się rok II część 1

W związku z przyczynami zupełnie obiektywnymi, przez które nie mogłem pisać powstała duża przerwa w moim blogu. Postaram się uzupełnić wszystko. A wydarzeń było aż nadto.

Bardzo dziękuje tym wszystkim z którymi spotkałem się we wrześniu i październiku w Polsce. Zarówno w parafiach które odwiedzałem ze Słowem, jak i rodziną, przyjaciółmi i znajomymi. Napisze tylko tyle że był to dla mnie niesamowicie aktywny i bardzo miły czas. Oceniam go też jako czas pewnych moich rekolekcji misjonarskich. Spotkało mnie wiele słów wsparcia i świadectwa że Polacy modlą się i wspierają dzieło ewangelizacji w krajach misyjnych. Dziękuje za całe to dobro.

Wyjeżdżając z Polski spodziewałem się problemów w Boliwii. W niedzielę przed moim przylotem odbywały się wybory prezydenckie. Historia kontrowersji dotyczących tego wydarzenia jest długa. Evo Morales dotychczasowy prezydent, -socjalista, mówiący o sobie jako przedstawiciel indiańskiej części ludności, nie mógł według konstytucji startować na następną kadencje. Spodziewając się tego chciał zmienić dużo wcześniej konstytucje umożliwiając sobie reelekcje. Ku wielkiemu swojemu zdziwieniu Boliwia w ogólnonarodowym referendum            powiedziała NIE na pytanie czy zmienić ustawę zasadniczą. Prezydent – komunista z przeogromną rządzą władzy unieważnił referendum nie podając powodu. Ludzie wyszli na ulicę protestując i żądając uznania swego głosu. Marsze i protesty regularnie odbywały się co miesiąc z hasłami „Bolivia dijo No” (Boliwia powiedziała nie). W opozycji przeciwko Moralesowi szczególnie pierwsi byli mieszkańcy największego  miasta w Boliwii czyli Santa Cruz. Morales nie przejmował się protestami i wystartował po raz kolejny w wyborach pewny swojego zwycięstwa. Trzeba dodać że do momentu wyborów skupiał całą władzę, łącznie z urzędami przeprowadzającymi głosowanie. Co ciekawe w Boliwii w czasie głosowania na bieżąco przedstawiane są wyniki dzięki specjalnemu systemowi komputerowemu. Jeśli któryś z kandydatów ma więcej niż 10 % przewagi nad innymi zostaje wybrany na prezydenta. Morales miał przeciwko sobie bardzo silną opozycję, ale też ogromnie podzieloną na różnych kandydatów. Wiedział że musi wygrać w I turze. Na kilkadziesiąt minut przed końcem głosowania różnica nie przekraczała 10 % co zwiastowało dla niego klęskę, która nadchodziła z drugą turą wyborach, gdzie opozycja zjednoczyłaby się. I w tym momencie zaczęły się czary. Siadł system komputerowy głosowania na długie minuty. Kiedy wrócił z dziwnej, czarodziejskiej podróży okazało się że Evo Morales……(!!!) tak, tak wygrywa różnicą ponad 10 %! W tym kraju okazuje się że wszystko jest możliwe. W poniedziałek ogłoszono go prezydentem. A w środę oszukani ludzie wyszli na ulicę nie dając się nabrać na komputerowe czary. W internecie publikowane były zdjęcia gotowych kart do głosowania skreślonych na Evo długo przed dniem głosowania. Rozpoczęło się polityczne piekło w Boliwii które absolutnie wpłynęło na życie wszystkich Boliwijczyków.

Miałem wylądować wracając z Polski w dniu rozpoczęcia protestów i w samym epicentrum czyli w Santa Cruz. Boliwijczycy mają jeden środek protestu  który musze przyznać jest szczególny i skuteczny – blokują drogi, mosty i ulice. Wysypują ziemię i kamienie, powalają drzewa, ustawiają samochody i ciężarówki, stare opony i wszystko co można sobie wyobrazić. Jednocześnie dzień i noc pilnując aby nikt nie próbował sforsować tych przeszkód. Nazywa się to blokeo lub paro. 

O dziwo sytuacja ta dotknęła mnie już w samolocie. W Limie gdzie miałem przesiadkę, dowiedziałem się wraz z grupą ludzi czekających na samolot do Santa Cruz, że go nie będzie bo w Boliwii są zamieszki. Kolumbijska linia lotnicza Avianca poinformowała nas że lot jest przełożony na następny dzień. No fakt, latynoska logika – pomyślałem. Dziś są zamieszki a jutro nie będzie!? Bo wielu godzinach wspólnego koczowania na lotnisku i oczekiwania na odprawę na granicy i walizki zaczęliśmy się wszyscy czuć jako towarzysze niedoli. Od słowa do słowa zaczęliśmy się poznawać. Szybko staliśmy się znajomymi, co owocowało wspólnymi posiłkami, wyjściem na miasto oraz wspólnej grupie na watssup na której piszemy do dziś. W pewnym momencie dowiedzieli się że jestem księdzem. Musiałem to powiedzieć bo wszyscy nie dawali mi spokoju jak to Polak może lecieć na stałe do Boliwii. Okazało się że od tego momentu w rozmowie wielu z nich prosiło mnie o spojrzenie księdza na ich osobiste problemy. Po tej dziwnej sytuacji odwołanego lotu miałem dwie myśli. Nie ma tego złego (brak lotu) co by na dobre nie wyszło (nowi znajomi w Boliwii, Kolumbii i USA). Druga myśl była taka że ludzie ogromnie potrzebują obecności nas księży w taki normalny sposób, gdzie przy hotelowej kawie można porozmawiać o życiu.

P.S. Saludos i abrazos para mi Amigos de Lima. 🙂

Historie z Boliwii – czerwiec 2019.

Mija kolejnych kilka miesięcy od mojego wpisu o życiu i duszpasterstwie na misjach. Stwierdziłem dziś, że należy znów podtrzymać więź z tymi, którzy wspierają mnie przez następny wpis. Będzie to kilka historii, które były dla mnie ważne i szczególnie mnie poruszyły.

Na początku Wielkiego Postu przyszła do mnie pewna Señora z prośbą o sakrament namaszczenia chorych dla swojej mamy. Po wzięciu wszystkiego co potrzebne pojechaliśmy w stronę miejscowości Rio Blanco. Wiedziałem, że będzie to wyjątkowe wydarzenie, gdyż zapraszała do domu chorej. W Boliwii dom to twierdza, która się strzeże i chroni. I właściwie nikt z zewnątrz, poza najbliższą rodziną, nie przekracza progu tej fortecy. Dom był bardzo skromny. W pokoju chorej stało tylko łóżko. Stary, ale zadbany stół i mała szafka. Oczywiście nie było podłogi a w oknach zamiast szyb była siatka. Później, przy okazji pogrzebu poproszono mnie w innym miejscu o poświęcenie domu i tam po raz kolejny przekonałem się w jak skrajnie słabych warunkach mogą żyć ludzie. W dwóch pokojach stały tylko 4 łóżka i jeden stary kineskopowy telewizor. Ale prawda jest taka, że ludzie w Boliwii spędzają życie na zewnątrz, w domu właściwie tylko śpią. Wracając do naszej chorej okazało się, że to starsza, bardzo chora kobieta. Miała wyraźnie widoczne rysy indiańskie i mówiła tylko w języku Quechua (język Indian). Na szczęście poinformowano mnie, że rozumie język hiszpański. Dzięki temu udało mi się ją wyspowiadać na zasadzie potwierdzenia i zaprzeczenia moim słowom, gdy pytałem. Po całej celebracji uderzył mnie jeden fakt. Córki obecne przy namaszczeniu podały mi bukiet polnych kwiatów. Byłem zdezorientowany. Zobaczyły to i powiedziały, że przecież podaje się zawsze bukiet dla chorej i umierającej osoby po spowiedzi i namaszczeniu chorych. Ja podawałem pierwszy raz, ale pomyślałem jak zwyczaje tych ludzi pięknie podkreślają działanie sakramentów. Pożegnałem się z ową leżącą kobietą ze spokojną twarzą i bukietem w rekach idącą na spotkanie ze swoim Zbawicielem.

Pod koniec Wielkiego Postu nasza prałatura (diecezja) miała wielkie święto. Został wyświęcony nowy ksiądz. Przy dużej i wystarczającej liczbie księży w Polsce to wydarzenie wydaje się z Twojej strony, drogi Czytelniku, nie aż tak wyjątkowe. Jednak mamy tutaj nie więcej niż 30 księży. Są to misjonarze i boliwijscy księża. Wśród misjonarzy mamy oczywiście polaków oraz włochów. Misjonarze są na jakiś okres pracy, dlatego dla każdej diecezji szczególnie cenny jest każdy ksiądz wyświęcony na miejscu. Jest on stąd, z Boliwii i będzie pracował tutaj zawsze. My też się cieszymy, bo jako misjonarze modlimy się i ewangelizujemy, aby powołania były stąd. Nowy ksiądz przy obecności wszystkich księży został wyświęcony i przyjęty do grona prezbiterium. Była to okazja do tego, aby się spotkać ze wszystkimi księżmi i porozmawiać. Nie spotykamy się często, bo dzielą nas duże odległości i góry. Sama droga z Bulo Bulo do Aiquille, gdzie jest katedra to jakieś 7 godzin drogi w większości po górach. A uwierz mi, Czytelniku, że to nie jest droga tak wygodna jak przez nasze Tatry. Wije się w niezliczone zakręty, ma bardzo słabą nawierzchnię i jedzie nią wiele samochodów. Jest położona na takiej wysokości, że jedzie się na wysokości chmur. Ale jest ubrana w przepiękne widoki.

W czasie naszego spotkania związanego ze święceniami był też mocny wątek polski. Dzień wcześniej podczas kolacji rozmawialiśmy o wielu sprawach. Pamiętam, że jeden z boliwijskich księży stwierdził, że w Polsce nie brakuje księży więc ludzie nie mają i nie mieli problemów ze spowiedzią czy coniedzielną Mszą świętą. Wtedy ks. Tomek Grzyb zaczął opowiadać o czasach naszych unitów. Jak ludzie w parafiach, gdzie nie było księdza  z powodu zaborcy gromadzili się w niedzielę w kościele. Kładli na ołtarz stułę, ornat i modlili się za siebie, ale także o księdza. Zapamiętałem pełne podziwu oczy boliwijskich księży. Dla nich było to nie do pomyślenia, bo jesteśmy w kraju, gdzie walczy się o każdego człowieka, żeby zaczął praktykować. Swoją drogą, poczułem się strasznie dumny z tego powodu, że wyrosłem i jestem z polskiego Kościoła. Dlatego, drogi Czytelniku jeśli czytasz ten wpis i czasem pomodlisz się za nas, tu na misjach wpisujesz się w piękną i świętą polską tradycję dbania o Kościół.

Napisałem tu kilka rzeczy, które w szczególny sposób utkwiły mi w pamięci. Jednak takich sytuacji jest naprawdę dużo. Misje to ciągle zmieniająca się i zaskakująca rzeczywistość. Jednak w tym wszystkim coraz bardziej widzę jak Duch Święty  z wielką mocą prowadzi mnie po tych zaskakujących drogach opiekując się, wręcz w sposób widzialny.

Na zdjęciu przygotowanie do Mszy świętej na boisku szkolnym. W akcji oczywiście dzieci.

Mali dla Małego – Nowenna przed Narodzeniem 2018 r.

Osoby, które kontaktują się ze mną ostatnio są bardzo ciekawe jak wyglądają przygotowania i Boże Narodzenie w Boliwii. Oczywiście padło też pytanie: są roraty? Niestety nie ma. Jednak w naszej parafii jest coś równie ciekawego duchowo, ale dotyczy głównie dzieci. Mamy przez 9 dni przed Bożym Narodzeniem nowennę przygotowującą dzieci do tej uroczystości. W Boliwii Boże Narodzenie należy do najmłodszych świąt. Potwierdza to też dosyć ciekawe zjawisko, że Boliwijczycy przede wszystkim chcą chrzcić dzieci właśnie w tym czasie. No tak. To trochę intuicyjne. Jezus jest mały więc jest to wydarzenie najmłodszych. 

Są trzy miejsca w naszej parafii, gdzie prowadzone są spotkania dla dzieci. Kościół parafialny, część Bulo Bulo, która nazywa się Puerto Ichilo oraz miejscowość Rio Blanco, w której znajduje się też kościół, gdzie duszpasterzujemy. Mi przypadło w udziale prowadzić nowennę właśnie w ostatniej miejscowości. Na szczęście jeździłem tam z boliwijskim małżeństwem – Franklinem i Roksaną oraz ich sześcioletnią córeczką Anay. Każde spotkanie rozpoczyna się modlitwą, a później, przy dźwiękach kolęd z głośnika rozpoczynają się przygotowane wcześniej zabawy lub zajęcia z rysowania. Udało mi się nauczyć dzieci gry z mojego dzieciństwa, którą był zbijak. Potem szliśmy do kościoła. Tam były śpiewy z animacjami co jakiś czas przerywane, aby odczytać zapisane przez dzieci dobre uczynki, które robiły w swoich domach. Dzieci w tym czasie czekały, aby na końcu tej części przenieść małego Pana Jezusa o stopień niżej na naszej drabinie prowadzącej do żłóbka. Każdy dzień miał swój temat, który zaznaczony był w następnej części, w której prowadzącym byłem ja jako ksiądz. Rozmawialiśmy o cudach Pana Jezusa. Codziennie odczytywaliśmy fragment z Ewangelii opisujący jeden z nich i rozmawialiśmy na jego temat. Próbowaliśmy uczyć się, że On jest i działa w naszym życiu. Kończyło się zawsze gromkim: „Jezus jest wielki!” oraz oklaskami na Jego cześć. Ostatnia część była najważniejsza, bo spotykaliśmy się z Tym, który działa cuda w sakramencie Eucharystii. Na koniec każdy dostawał specjalne błogosławieństwo dla dzieci oraz obrazek do pokolorowania z historią, która była omawiana. Zakończenie nowenny odbyło się w czasie Eucharystii Narodzenia Pańskiego, czyli Pasterki, która odbyła się o godzinie 22.00. Ogłosiliśmy światu, że mały Jezus jest obecny wśród nas. Najlepsi, którzy uczestniczyli w całej nowennie i zebrali wszystkie obrazki z cudami dostali nagrody. 

To jest właśnie to, co już teraz wiąże mi się tutaj z adwentem. To dosyć szczególny czas intensywnej ewangelizacji dzieci. Tak osobiście dużo się sam nauczyłem. Pamiętam jak starsi, doświadczeni misjonarze mówili mi, że jedno jest najważniejsze – cierpliwość i jeszcze raz cierpliwość. Pamiętam początek nowenny, który był bardzo trudny dla mnie. Pierwszego dnia przyszło sześcioro dzieci. Kiedy rozmawiałem z nimi o Ewangelii bały się mnie i nie chciały nic mówić. Drugi i trzeci dzień, mimo rosnącej liczby uczestników był podobny. Właśnie po trzecim dniu pomyślałem o tej misyjnej cierpliwości. Powiedziałem w duchu: Dobra, ja sieję, bo po to mnie posłałeś, Panie. A to już Twoje plany czy to ziarno wzrośnie w sercach i kiedy. Zostawiam Ci to. Innym problemem była codzienna Eucharystia. Większość dzieci nie uczęszcza na nią w niedzielę i nie wiedziały jak się zachowywać. Potrafiły rozmawiać na głos i zaczepiać się wzajemnie. Czwartego dnia nastąpił przełom. Dzieci powitały mnie już przy samochodzie. Nie wstydziły się i już się nie bały. Czynnie brały udział w naszych rozmowach. Ten punkt zwrotny dotyczył też Eucharystii. Tego dnia w czasie pierwszego czytania 30% dzieci postanowiło sobie wyjść z kościoła i bawić się na zewnątrz. Na koniec wróciły. Zostawiliśmy ich wszystkich po Mszy i zaczęliśmy tłumaczyć jak to ważny moment i z Kim się spotykamy. Cała nasza ferajna, która w tym czasie już osiągnęła około 50 osób zrozumiała. Nie mieliśmy później problemów w czasie Eucharystii.

Myślę, że to był błogosławiony czas dla dzieci. Mogły się one dowiedzieć o Panu Jezusie, o którym bardzo często nie wiedzą prawie nic. Podziwiam także pracę małżeństwa, które było ze mną każdego dnia. Odpowiedzialni byli za śpiew i zabawy, ale potrafili także włączać się pomagając mi w tłumaczeniu dzieciom Ewangelii. 

A Święta? No cóż, nie są celebrowane tak jak w naszej ojczyźnie. Nie ma wigilii i, co ciekawe, trwają tylko jeden dzień. Trochę mi tego brakuje. Dlatego tym bardziej doceniam naszą piękną, chrześcijańską tradycję świętowania Narodzenia Pana. Myślę, że każdy z nas powinien cieszyć się tym niezwykłym czasem, kiedy Bóg staje się tak bliski człowiekowi.

Duchowa pustynia.

Przed moim wyjazdem z Polski spotykając się z ludźmi bardzo często słyszałem opinię, że misje to głoszenie Jezusa tym, którzy jeszcze o Nim nie słyszeli. Jest w głowach pewien obraz misjonarza, który stoi przed ludźmi i opowiada Ewangelię. Słuchacze z otwartymi ustami i z zadziwieniem odpowiadają: Niesamowite! Nikt nam tego jeszcze nie opowiadał! Nic bardziej mylnego. Mamy już zaawansowany w czasie XXI wiek. Świat stał się globalną wioską. Misjonarze pracują na wielu kontynentach od kilku wieków. Nie ma już ludzi, którzy jeszcze nie usłyszeli o Ewangelii, Jezusie i Kościele, albo chociażby o istnieniu tych rzeczywistości. Mogą się znaleźć jeszcze gdzieś, gdzie absolutnie nie dotarła cywilizacja np. w dorzeczu Amazonki czy na pustyniach Afryki, ale jest to znikomy procent ludzkości. Będąc tutaj powoli przekonuję się czym tak naprawdę są misje. Widzę, że ludzie, którzy wiedząc i słysząc o Jezusie mogą i tak żyć na pustyni duchowej. Tak jakby nikt wcześniej nie opowiedział im o dobrym Bogu, który nadaje sens wszystkiemu i daje życie wieczne.

Parafia, w której jesteśmy z ks. Marcinem ma ładny kościół, gdzie codziennie sprawujemy Eucharystię. Dodatkowo, w niedziele odprawiamy Mszę w miejscowości obok, która nazywa się Rio Blanco. Miejscowość ta musiała kiedyś mieć księdza, bo jest tam kościół z opuszczoną dziś plebanią. Na marginesie dodam, że plagą na poddaszu kościoła są nietoperze. Znów inaczej – w Polsce są pod ochroną ze względu na zagrożenie wyginięciem. Dodatkowo, w wyznaczone niedziele odprawiamy Msze św. w oddalonych od siebie różnych częściach, które razem tworzą Bulo Bulo. Coś jak dzielnice tylko oddalone o kilka ładnych kilometrów. Piszę to nie tylko po to, żeby choć trochę zobrazować naszą pracę, ale także po to, by pokazać, że praca duszpasterska wcale nie jest skierowana ku wielkiej liczbie ludzi, mimo że tak może się wydawać. Moja głowa ciągle naszpikowana jest obrazami z Polski, na których w niedziele kościoły są pełne. Tutaj tak nie jest. Dość duża grupa ludzi jest ochrzczona, ale ich wiara jest bardzo letnia. Bywa, że niedzielna Eucharystia odprawiana jest dla kilkunastu osób. Szczególnie wtedy, gdy pada tropikalny deszcz. Pamiętam jak w pierwszą niedzielę odprawiałem Msze Świętą na starym boisku szkolnym, gdzie uczestniczyło w niej kilkoro dzieci i jedna osoba dorosła. Czasami do kościoła w Bulo Bulo przyjdzie na Mszę kilkadziesiąt osób co w tutejszych okolicznościach oznacza, że „kościół pęka w szwach”. Cieszymy się wtedy, tym bardziej, że czasami potrafi do spowiedzi przyjść kilkanaście osób, szczególnie dzieci.

Mało osób przystępujących do sakramentów nie oznacza dla nas mniej pracy. Istnieje tu pewna pustynia duchowa, która bardziej boli niż ubóstwo. Wiele osób nie jest ochrzczonych mając kilkanaście a nawet kilkadziesiąt lat, mimo że czasem pochodzą z rodzin, w których rodzice korzystają z sakramentów. Dlatego praca tu polega na przygotowywaniu do chrztu ludzi, którzy zgłaszają się po ten jakże istotny sakrament. Czasem jako dzieci, które mają iść do I Komunii Świętej lub jako młodzi ludzie, którzy chcą przyjąć sakrament małżeństwa. Zdarza się, że w kancelarii zjawia się para, gdzie narzeczona ma wszystkie sakramenty a narzeczony żadnego. Wtedy następuje odpowiednie przygotowanie do chrztu, I Komunii i bierzmowania. Wiele osób nie ma też tego ostatniego sakramentu. Ta pustynia duchowa sprawia, że jeszcze z większą mocą chcemy głosić piękno Ewangelii i życia we wspólnocie Kościoła w homiliach, ale i w katechezach przygotowujących do sakramentów. Dlatego w naszej parafii przed każdym chrztem dziecka ksiądz prowadzi już na wstępie z rodzicami i chrzestnymi nauki o wielkiej godności ochrzczonego i o znaczeniu chrztu dla życia religijnego całej rodziny. Jak to mówię w takich okolicznościach: robimy co się da.

Dlaczego istnieje tak wielka pustynia duchowa? Jestem tutaj dopiero miesiąc, ale nie wydaje mi się, że powodem jest brak pracy księży i sióstr zakonnych. Ona była i zawsze jest prowadzona z wielkim poświęceniem. Wydaje się, że potrzeba pogłębienia wiary tutejszych ludzi. Jednak nie nastąpi to przy ich braku otwartości na Boga. Serce zamknięte może jedynie otworzyć łaska Boża. Dlatego tak bardzo potrzebujemy modlitwy za misje, za ludzi, do których nas Pan posyła – przede wszystkim o łaskę otwarcia dla nich. Wydaje się, że innym problemem, chociaż w mniejszym stopniu, jest mentalność tych ludzi, dla których jest wieczna „mañana” czyli jutro. Jutro zrobię co potrzeba, nie ma co się przejmować i martwić wszystkim. W taki sposób przeżywając życie zamykają sobie drogę do konkretnych postaw, których wymaga chrześcijaństwo. Chrześcijaństwo to nie leżenie na słońcu i czekanie. Chrześcijaństwo to ortodoksyjne postawy, czyli takie, które wprost wypływają z Ewangelii. Rozważam teraz Dzieje Apostolskie i doskonale widać to w zachowaniu Apostołów i uczniów Jezusa po zesłaniu Ducha św. Już nie ma czekania, leżenia na kanapie, ale jest konkretne działanie.

Reasumując, nie chcemy się przejmować na pozór niewielkimi efektami czy wręcz brakiem odpowiedzi na głoszone dziesiątkami lat Słowo Boże. Dla Jezusa bijemy się o każdego człowieka. Głosimy Słowo Boże a On niech dalej prowadzi swój Kościół tutaj, w Boliwii. Na koniec opowiem dwie historie, które dobrze pokazują to wszystko, o czym napisałem. Obrazuję to, bo sam lubię czytać historie z życia wzięte.

Wczoraj przed Mszą Świętą ks. Marcin poinformował mnie, że będzie chrzest. Miałem przewodniczyć Eucharystii a on miał udzielić tego sakramentu. Wychodzimy, całujemy ołtarz i patrzę na pierwszą ławkę. Dwie kobiety w swoich tradycyjnych strojach i dwóch mężczyzn ładnie ubranych. Coś się nie zgadza. Myślę „po polsku” i pojawia się pytanie. Gdzie jest dziecko?! Chrzest to zawsze czworo dorosłych i …. słodko wyglądające dziecko! Po chwili zrozumiałem. Po homilii został ochrzczony jeden z mężczyzn z pierwszej ławki.

Druga historia dotyczy jednej z ministrantek. Tak, mamy ministrantki i ministrantów. I muszę przyznać, że jest ich bardzo dużo i są świetnie przygotowani do tej posługi. Jedna z dziewczynek nazywa się Brisa. Jest niskiego wzrostu, zawsze uśmiechnięta. Jest bardzo urocza i uczynna. Zawsze pomaga w posprzątaniu rzeczy liturgicznych po Eucharystii. Jednak jest jeden problem, o którym poinformował mnie ks. Marcin. Brisa nie może przystąpić do Komunii, mimo że czasem posługuje trzymając patenę. Nie jest nawet ochrzczona. Rozmawiał nie raz z jej rodzicami. Oni jednak stwierdzili, że na razie chrzest nie jest jej potrzebny. Powiem szczerze, że w takich sytuacjach nam, misjonarzom serce płacze, ręce są związane i pozostaje tylko modlitwa.

Pozdrawiam wszystkich, którzy są w Polsce. Wiem, że jest już zimno. Nam za to dokucza ustawiczny deszcz. Pisząc ten wpis ciągle słyszę jak tropikalny deszcz uderzenia w szybę.

Sam początek…

To już 3 tygodnie odkąd jestem w Boliwii. Myślę, że czas napisać o moim początku tutaj. Długo się zbierałem, żeby skrobnąć coś na bloga o misjach. Dlaczego? To trudne do wytłumaczenia. Lądując 19.10. w Santa Cruz wkroczyłem w całkiem inny świat. Nie jest on gorszy czy lepszy. Jest bardzo odmienny. Przyjmuję masę nowych wiadomości i doświadczeń. Moja głowa jest pełna, dlatego nie potrafiłem siąść i napisać czegokolwiek o początku. Zresztą i teraz czuję specyficzne rozbicie i niemoc opisania tego wszystkiego.

18 października 2018 r. na zawsze pozostanie w moim sercu. To pożegnanie z rodzicami, gdy wchodziłem do pociągu do Warszawy, a kilka godzin później z Polską, gdy samolot startował. Na końcu rodzice nie potrafili ukryć smutku, gdy przyszedł czas rozstania. Jazda w pociągu to jedna wielka modlitwa wynikająca z mojego wzruszenia. Ciągła pokusa, która szeptała: „Jesteś głupi. Co ty w ogóle robisz?”. A w modlitwie słowa zapewnienia: „Jesteś w Moich rękach! Jedziesz tam, gdzie cię posyłam. Tam jest twoje miejsce”. Muszę przyznać, że ostatni tydzień w Polsce pełny był takich duchowych zmagań. Ale wiem jedno – występują one zawsze, gdy duchowo ma się stać coś bardzo dobrego. Szatan jest czujny i zawsze będzie walczył z tym, co ma być bardzo dobre. Piszę to też po to, Drogi Czytelniku, żebyś wiedział o takim zjawisku w Twoim życiu duchowym. Nie przejmuj się, kiedy masz dziwne myśli i obawy przed pojechaniem na rekolekcje, pójściem na adorację czy pomocą komuś. To nie są Twoje myśli a walka szatana o unicestwienie dobra. W takich chwilach tym bardziej powinieneś zrobić to, co zamierzyłeś.

„Jesteś w Moich rękach” ciągle brzmiało w mojej głowie w czasie całej podróży. I tak też było. Lot do Genewy i San Paulo bez problemów. Wszystkie formalności na Okęciu i w Genewie bez problemów. Lądując w San Paulo dowiedziałem się co oznacza latynoski kraj. Okazało się, że muszę odebrać walizkę i znów ją nadać, a potem zmienić terminal w gąszczu setek osób. I celnicy bardzo zdziwieni: „Jak to pan leci z Brazylii do Boliwii? Lata się w odwrotną stronę”. Jednak srogie miny i szybkie pytania kończyły się, kiedy pytali o zawód. Odpowiadałem, że jestem misjonarzem. Widziałem wtedy wielki uśmiech i szybko oddawany paszport. Może dlatego, że Brazylijczycy są mocno przywiązani do Kościoła? Reasumując, owszem, były te wszystkie perturbacje w San Paulo, ale jestem pewien, że to z Bożą pomocą pokonywałem je bez większych problemów. Po dwóch godzinach siadłem przy swojej bramce w oczekiwaniu na samolot do Boliwii.

Santa Cruz przywitało mnie deszczem i oczywiście wielką wilgotnością. Nie znałem tego zjawiska w tak wielkiej skali, w jakiej tutaj występuje. W momencie wilgoć oblepia cię i sprawia, że twoje ubrania zaczynają być powoli mokre i przylepiające się do ciała. Po 3 tygodniach życia tu wiem, że da się z tym funkcjonować. Wiadomo – to tropik. Przywitałem się gorąco z ks. Marcinem, który od 2 lat jest w Bulo Bulo i sprawuje tu funkcję proboszcza. Jest on oczywiście z diecezji siedleckiej a w seminarium byliśmy razem na roku. Siedzieliśmy nawet w jednej ławce na wykładach. Wsiedliśmy do naszej kilkunastoletniej Toyoty (oczywiście „jeepa”) i mimo zmęczenia po podróży zacząłem obserwować kraj. Pierwsza rzecz to ruch drogowy. Jechaliśmy na zachód drogą, która jest dopiero w fazie tworzenia. Łączy ona dwa ważne i duże miasta – Santa Cruz i Cochabambę. Pisałem już, że wszystko jest inne więc inna też jest kultura jazdy. Tu nikt nie przejmuje się zbytnio innymi uczestnikami ruchu. Jeździ się bez kierunkowskazów albo z włączonymi cały czas. Pasów się nie zapina. Wewnątrz samochodu jedzie tyle osób, ile się zmieści. Czasem widać stary samochód kombi z otwartą klapą, bo siedzi tam kilka osób. Oczywiście ci ostatni jadą ze spuszczonymi nogami machając nimi. Raz widziałem kobietę jadącą w taki sposób, która jednocześnie karmiła dziecko. Co ciekawe, czasem kierowcy potrafią być uprzejmi i przez otwartą szybę machnąć ręką, żeby ich wyminąć. Generalnie, występuje coś w stylu wolnej amerykanki. Ale o dziwo to wszystko działa. 

Droga jest tworzona, dlatego co jakiś czas przejeżdża się odcinkami piaskowymi z wielkimi nierównościami. Co ciekawe, próbuje się ją robić z nowoczesnymi pomysłami, więc ma dwa pasy w jedną stroną i dwa pasy w drugą. Coś jak nasza ekspresówka. Jest tylko jeden problem. Boliwijczycy traktują ją jak dwie drogi i jeżdżą w różnych kierunkach mimo podziału. Istne szaleństwo.

Marcin powiedział, że to dobrze, że mamy w miarę blisko do Santa Cruz. To blisko – prawie 4 godziny jazdy. Ale tak się liczy odległości w Boliwii, która jest 3,5 raza większa niż Polska. I w takim czasie dotarliśmy do Bulo Bulo. Jak tu jest? Jak wygląda miasteczko i parafia? To już w następnym wpisie. Ktoś narzekał, że dodałem za długie wpisy o Hiszpanii. Może i racja. Pisząc to siedzę z chłodzącym mnie wiatrakiem. Na zewnątrz leje rzęsisty tropikalny deszcz, ale i tak jest sporo ponad 30 stopni ciepła. Pozdrawiam z gorącej Boliwii. Pamiętam w modlitwie.

 

 

XXX Niedziela Zwykła 2018 r.

Dzisiejsze Słowo Boże przesiąknięte jest motywem czekania. Czekania nie w krótkim okresie czasu, ale latami. Myślę, że można nazwać ten stan nie czekaniem a już oczekiwaniem. Bo jak nazwać sytuację Izraelitów z pierwszego czytania? Ci ludzie po ich rozproszeniu po różnych krajach przez wrogów z utęsknieniem czekają na lepsze jutro. Są wśród nich kobiety w ciąży, niewidomi i niepełnosprawni. Ale przede wszystkim oni wszyscy są uchodźcami, którzy nie maja swojej ojczyzny.

W drugim czytaniu pokazany jest Jezus jako Syn Boży, który żył wśród ludzi i był dla ludzi. Myśląc o życiu Jezusa bardzo często nasuwa mi się myśl,  ile musiał mieć cierpliwości, żeby oczekiwać na rozpoczęcie konkretnej misji zbawienia ludzi. 30 lat oczekiwania. Do tego czasu zwyczajne ukryte życie.

W Ewangelii widzimy niewidomego spod Jerycha. Nie wiemy kiedy ten człowiek stracił wzrok. Spodziewamy się, że to są długie lata w stanie niepełnosprawności. I to takiej, która popchnęła go do nędzy. Wtedy nie było opieki społecznej, fundacji. Nikt się nim nie zajmował. On tylko czekał z dnia na dzień na to, że coś może się zmieni.

Sytuacja we wszystkich 3 czytaniach jest podobna najbardziej w tym, że oczekujący mają wielkie zaufanie do Boga. Oczekują i wierzą. Naród Wybrany,  który doczekuje się interwencji Boga, który znów pozwala im wrócić do kraju. Jezus, który ze spokojem żyje w Nazarecie, wiedząc, że Ojciec wskaże Mu odpowiedni czas wyjścia z cienia. I niewidomy, który musi wierzyć Bogu, gdyż gdy tylko usłyszał, że przechodzi Mesjasz – Syn Boży krzyczy w niebogłosy. Bo wiedział, że oto idzie ratunek. Oczekiwanie we wszystkich tych sytuacjach opłaca się. W końcu Bóg przychodzi, wybawia i zbawia.

Jak każdy dziś jesteś człowiekiem, który potrzebuje natychmiastowych wyników. Tak kształtuje naszą mentalność świat, który nas otacza. Jednak przenosimy ją także na sferę ducha. Modlimy się i oczekujemy natychmiastowych efektów od Boga. Zobacz, ile razy lekko lub mocniej gniewałeś się na Boga, czasem nawet lekko wątpiąc w Niego. Patrz na dzisiejsze czytanie. Na działanie Boga bardzo często trzeba w zaufaniu oczekiwać. To sprawa miesięcy czy lat. On na pewno rozwiąże każdą sprawę,  bo jest kochającym Ojcem. Ale daj Mu czas, pozwól Jemu działać. Myślę, że w tym uczy nas głebokiej wiary w Niego. A przecież dzięki wierze będziemy zbawieni. Uczeń Boga to człowiek oczekiwania z jasnością patrzący w przyszłość, raczej tą daleką niż bliższą.

Piszę to dlatego, że sam zaczynam przeżywać czas oczekiwania połączony z zaufaniem. W Boliwii mamy 4 miejsca, gdzie spotykamy się z ludźmi. Mimo że głoszenie Słowa Bożego i udzielanie sakramentów dzieje się dzięki misjonarzom od wielu lat to wydaje się, że oddźwięk wiary Boliwijczyków powinien być większy. W ciągu tygodnia bywa, że Eucharystia jest z udziałem naszych sióstr i jednej lub dwóch osób świeckich. W niedzielę osób też jest zbyt mało jak na dość dużą miejscowość jaką jest Bulo Bulo. W zeszłą niedzielę sprawowałem Eucharystię na boisku sportowym dla grupki dzieci. Po ludzku to trochę bez sensu. Ale patrząc na dzisiejsze Słowo wiem, że my misjonarze musimy z wiarą oczekiwać. Czyli być dalej i z tymi ludźmi. Jakie ma być rozwiązanie oczekiwania? Nie wiem i nie chcę pisać Bogu scenariuszy, bo to głupie. Może przebudzenie wiary kiedyś u większej liczby ludzi. A może mamy być dla tej grupki nielicznych. Oddaję to Panu i próbuję oczekiwać nawet latami.