Boże Biznesy XXXIII Niedziele Zwykła 2017 r.

„Odrzekł mu pan jego: Sługo zły i gnuśny! Wiedziałeś, że chcę żąć tam, gdzie nie posiałem, i zbierać tam, gdziem nie rozsypał. Powinieneś więc był oddać moje pieniądze bankierom, a ja po powrocie byłbym z zyskiem odebrał swoją własność”.

            Powinniśmy zajmować się w naszym życiu maksymalizmami, czyli chcieć pomnażać jak najwięcej talentów, ciesząc się z tego w jak Wielkiej grze. Ale dziś rozważając to Słowo chcę pochylić się nad czymś zupełnie odwrotnym, a mianowicie nad minimalnymi wymaganiami, by osiągnąć zbawienie. Zgadzam się, że trzeba walczyć o największe, bo jest to zwyczajnie fajne. Zawsze gdy dużo pomnażamy, to wiele też zyskujemy, przy okazji również dla siebie – nawet w tym życiu. Minimalizm zaś pokaże nam jak niedużo trzeba, żeby być dobrze rozliczonym. Przez to też objawia nam się jak niezwykle mocno kocha nas Ojciec Niebieski.

            Cytat, który przytoczyłem na początku mocno mnie poruszył. Przecież trzeba było tak mało zrobić. Wystarczyło pokonać drogę do banku i tam wpłacić pieniądze na dochodowe konto. Dalej pomnażaniem zajęliby się już bankierzy. Tak mało. Myślę, że tak też może być z naszym chrześcijaństwem. Tak niewiele. Chcieć spotkać kochającego Boga. Wsłuchać się w Słowo Boże. Zjednoczyć się z Wszechmocnym w Eucharystii. Tak niewiele. Tyle samo wysiłku co, niestety, niewykonana droga do bankiera. Jeśli jednak już przejdziesz tę drogę, nie przejmuj się, że pozostaniesz na najniższym poziomie minimalizmu. Ojciec Niebieski jest zachłanny w chęci dawania, w tym, byśmy byli najszczęśliwsi. Wciągnie nas w wir coraz większych Boskich biznesów. Będziemy chcieli mieć i obracać coraz większymi „pieniędzmi”, a On będzie nam dawał coraz więcej niebieskich talentów. To będzie nam wychodzić i będziemy chcieć więcej i więcej…. Ale na początku jest przynajmniej „droga do bankiera”, którą musimy chcieć przejść.

Potrzeba tak niedużo. Dziś obchodzimy I Światowy Dzień Ubogich ogłoszony przez papieża Franciszka. Myślę, że każdemu zdarza się pomagać materialnie ludziom biednym. Ale czy robisz niezbędne minimum wtedy, gdy chodzi o relacje międzyludzkie? Zwykła rozmowa, pytanie jak to się stało, że jest bieda, co cierpi, gdzie śpi, chwila bycia razem z nim – dla nas powinno być to minimum. Tak mało to kosztuje – „droga do bankiera”. Dla ubogich jest to niesamowicie ważne. Ból ubóstwa w większości przypadków to ból pewnego odcięcia od reszty społeczeństwa, które nie musi walczyć w taki sposób o przetrwanie. Myślę, że to jest niezbędne także nam, żebyśmy inaczej spojrzeli na biednych. Nie jak na niepotrzebny widok naszych ulic czy tylko skarbonki dla „łaskawej” jałmużny, ale jak na cierpiących braci i siostry. Czy Jezus nie kazał nam takich kochać? Czy nie w takich osobach szczególnie jest widoczny Jego obraz?

Niesamowity człowiek, bardzo utalentowany artysta hip hopowy, a przede wszystkim wielki świadek Ewangelii – Tau zrobił projekt, w którym przez jakiś czas żył z bezdomnymi na ulicy. Tak powstała piosenka „Dawca”. Zachęcam do zajrzenia na Youtube’a. Robi niesamowite wrażenie. Człowiek ma wyrzuty sumienia, że długo źle myślał o tych ludziach. Powiem szczerze – sam się tego uczę. Przy wejściu schodami z przystanku na Stare Miasto w Warszawie stoi młody, oparty o ścianę i pochylony człowiek. Mijam go zawsze, gdy biegnę do kościoła św. Anny lub żeby się z kimś spotkać przy kolumnie Zygmunta. Trzyma zapisaną tabliczkę i kubek plastikowy na pieniądze. Widać, że jest ubogi. Kilka razy spiesząc się rzucałem mu grosze nie czytając nawet zapisanej tabliczki. Myślałem tylko, że dobrze jakby nie przeznaczył tego na wódkę lub jakieś dragi. Któregoś razu zabolało mnie, że tak robię. Przecież Jezus by tak nie zrobił. On zawsze rozmawia jak kogoś obdarowuje zdrowiem lub wiarą. Następnym razem wrzuciłem pieniądze. Jak zwykle powiedział dziękuję, nie patrząc na mnie. Delikatnie powiedziałem, że mam nadzieję, że pieniądze się przydadzą na coś bardzo niezbędnego. Podniósł głowę i zaczął rozmowę ze mną. Okazało się, że jest bardzo chory. Bierze leki, które najprawdopodobniej zabiłyby go, gdyby zmieszał je z alkoholem. Pieniądze zbiera, bo musi brać te leki, ale daje też jedzenie dwóm braciom alkoholikom, kompletnie zdegenerowanym. Mówił z pewną pasją i radością, że ktoś wreszcie go zapytał i że ktokolwiek się nim interesuje. Moich kilka groszy, dzięki niewielkiej rzeczy stały się po raz pierwszy czystym miłosierdziem. Tak bardzo potrzebnym temu człowiekowi, jak również i mnie. A trzeba tak mało….

Czy znasz swoją wielką godność? XXXII Niedziela Zwykła 2017 r.

                Myślę, że nie można dzisiejszej Ewangelii zamknąć tylko w stwierdzeniu: „no tak, muszę być czujny”, bo Pan przyjdzie. I koniec. A co z resztą? Jezus ma Ci o wiele więcej do powiedzenia.

            Czym są oliwa i lampy? Ładne rekwizyty do mówienia przypowieści? Każde słowo Jezusa ma głęboki sens. W całej Ewangelii nie ma rekwizytów bez znaczenia.

            Dzisiaj obchodzimy Dzień Solidarności z Kościołem Prześladowanym. Czy nie zastanawiało Cię, że ludzie, którzy umierają za wiarę robią to zwykle bardzo spokojnie? Dla nich to żaden ostateczny dramat. W historii mamy męczenników, którzy wręcz oczekiwali oddania życia dla Jezusa, jak na przykład św. Ignacy Antiocheński. Czy to dziwne? Pozbawione sensu? Otóż nie. Ci ludzie szukali i zdobyli pewną Bożą mądrość. O niej mówi I czytanie. Jeśli choć trochę się postarasz, ona sama do Ciebie przyjdzie. Jeśli jej pragniesz rano, znajdziesz ją za wejściem do domu lub mieszkania. Na czym ona polega? Na pogrzebie biskupa Świerzawskiego biskup Ryś wspominał zdanie z pewnej homilii zmarłego, które zapadło mu w pamięci. Mianowicie, progiem do innego świata nie jest trumna, ale dla każdego z nas jest nim chrzest. Szczerze, mnie też mocno uderzyło to stwierdzenie. No tak. Obywatelami Nieba chcielibyśmy być po śmierci. A Bóg daje nam to już na chrzcie. Świetna myśl, która właśnie wywołuje to pragnienie mądrości Bożej. Mądrość ta ciągle przypomina, że jesteśmy nie z tego świata. Że dopiero to, co na nas czeka jest świetne, kochane, dobre, miłe itp. I powiększone o milion razy o to, co możemy sobie wyobrazić.

Zauważ, że jeśli masz taką mądrość, że jesteś niebieskim obywatelem i strasznie czekasz, żeby się wreszcie zameldować w prawdziwym Domu, to zmienia to Twoje patrzenie na świat. Przyjście Pana w śmierci lub na końcu świata to oczekiwane przyjście Oblubieńca, który weźmie Cię w niesamowite miejsce. Nie boisz się śmierci. Stąd uśmiechnięci chrześcijanie oddający życie za wiarę. Twoje wielkie problemy w tym świecie stają się malutkie. Bo nie musisz walczyć za wszelką cenę, żeby było Ci dobrze tu, na ziemi. Stają się delikatnymi niepowodzeniami. Wiesz, że tam będzie super, i do tego jesteś stworzony/stworzona. Wtedy zaczynasz dostrzegać, ile fajnych rzeczy jest wokół Ciebie. Bo szukanie za wszelką cenę szczęścia tutaj absolutnie przysłania to, co Boskie, to, co On daje Ci już teraz.

            Pamiętaj, musisz mieć oliwę, którą jest mądrość Boża wymieszana z wiarą. Jeśli ją masz, to oczekujesz Pana bez żadnego strachu. A nawet z ciągłym uśmiechem, bo co się przejmować tym, co mało istotne – wszystkimi naszymi problemami i lękami o przyszłość. Jest Ktoś znacznie większy od tego wszystkiego.

Jesteś bogiem czy masz Boga? XXXI Niedziela Zwykła

            „Kto się wywyższa, będzie poniżony, a kto się poniża, będzie wywyższony.” Mocne słowa. I jakoś bolą. Do tego stopnia, że w lekcjonarzu, z którego czytałem na Mszy ktoś dokonał długopisem trochę humorystycznej korekty. Przekreślił literę „p” i wstawił literę „u”. Poniża zamieniło się w uniża. No tak! Mniej bije po oczach i sercu! Ale my wszyscy skreślamy w swoich głowach ten zwrot, bo jest zbyt ciężki i jakiś daleki. Myślimy o ciągłej makabrze w życiu i byciu nikim, żeby dostać w wieczności nagrodę. Nie! Siła tego Słowa tkwi w tym, że jeśli będziesz miał tą postawę teraz, to i nagroda przyjdzie od razu. Będziesz w swoim życiu wywyższony i szczęśliwy. Czyli o co chodzi?

            Słyszycie o tych ludziach z dzisiejszego Słowa? W I czytaniu są to dwulicowcy i chorągiewki. Nawet jak nauczają o tym, co Boże, to robią to tak, żeby wszystkim się podobać. Robią to tak, żeby każdemu, z osobna się podobało. Błagają w ten sposób o akceptację. I dostają ją. Ale nadal pozostaje ten silny ból w sercu, że tak właściwie jestem nikim, bo dla każdego chcę być kimś. Nie posiadając swojego zdania. W Ewangelii są to ludzie, którzy lubią się pokazać. To ówcześni szpanerzy i cwaniacy „co to nie on”. Dziś pewnie jeździliby Porsche lub Ferrari i ubieraliby się u Calvina Kleina. Muszą tak robić, bo nie znają swojej wartości. Szukają jej za wszelką cenę w oczach innych, którzy podziwiają, ale tylko…ich szmatki i gadżety. Szpanerzy wiedzą o tym i ciągle czują pustkę. Czują ból, bo chcieliby być w oczach innych kimś jako człowiek. Cały człowiek ze swoim wnętrzem.

            To nie są ludzi źli! To są ludzie chorzy i żebrzący o miłość. Dziś do nich trzeba jeszcze dodać tych, którzy za wszelką cenę stawiają na swoim. Nawet gdy nie mają racji. I przyznajmy się, w każdym z nas jest coś z każdej z tych postaw! Dlaczego tak jest?!

            Bo my ludzie jesteśmy bałwochwalcami. Dziś nie czcimy bożków po kryjomu. Dziś siebie stawiamy na miejscu naszego kochanego Taty – Boga. I musimy ciągle udowadniać, że nadajemy się na najważniejszą osobę na świecie. Zamiast Niego.

            „Kto się wywyższa, będzie poniżony, a kto się poniża, będzie wywyższony.” Poniż się dzisiaj, a więc uznaj Jego wielkość i moc, że jesteś nikim podług Niego. Zauważ, że ten Ktoś strasznie Cię kocha. A jeśli taki Ktoś potężny Ciebie kocha, to ta myśl Cię wywyższy. Dopiero poczujesz swoją ogromną wartość. Nie będziesz musiał/musiała udowadniać nic sobie ani światu. Poczujesz się wywyższony/wywyższona Jego miłością. Wtedy uśmiech nie będzie znikał z Twojej buzi. I będziesz świetną osobą, która nic nie będzie musiała udowadniać, dlatego będzie dla innych.

https://soundcloud.com/farend-ojp/20171105-1205-01mp3

Randka w kościele? Rocznica poświęcenia kościoła.

Dziwny i zaskakujący tytuł prawda? Już tłumacze. Się tłumacze. Ostatnia niedziela października, w kościołach gdzie nie wiadomo kiedy dokładnie były poświęcone, jest Uroczystością rocznicy (umowną jeśli chodzi o datę) tego wydarzenia. Fajne to jest bo człowiek raz do roku może sobie uświadomić po co te nasze kościoły.

Dla mnie osobiście to wyraz wielkiej miłości Boga. W I czytaniu z tej uroczystości Salomon modli się uroczystą modlitwą tuż po zbudowaniu słynnej Świątyni Jerozolimskiej. Mówi ważną rzecz. Bóg choć jest wielki, wszechmocny i wszechwładny to zamyka się w małej  jak dla niego świątyni. Tylko w jednym celu. Żeby osobiście się spotkać żeby z miłością pogadać z każdym kto tu przyjdzie. Szczerze to przejaw mega miłości do nas, a to realizuje się w każdym kościele dziś.

Co z tą randką. Bardzo irytują mnie wypowiedzi pseudo-chrześcijan którzy mówią że kościół jest niepotrzebny. Można przecież pomodlić się wszędzie. Bóg jest wszędzie. Że mają takie cudowne chwile medytując (??!!) na łonie natury. Wiem jedno. Jak się kogoś bardzo kocha to zabiera się go do wyjątkowego miejsca, żeby z nim w świetnej atmosferze porozmawiać. Wiedzą o tym prawdziwi mężczyźni którzy zabierają swoje wybranki do miłych, dobrych restauracji. Jak są zakochani to przeszukują portale gdzie jest wyjątkowe miejsca na randki. Tak samo jest z Bogiem. Kochasz go to spotykasz się z nim w wyjątkowym miejscu. Wybranym przez niego czyli w kościele. Gdzie z miłością możecie sobie porozmawiać. Czyż to nie swoista randka?

Jeśli jesteś w 1000% mężczyzną i wzdrygasz się na sformułowanie „randka z Bogiem” to masz jeszcze inne wyjście. Umów się  w kościele z najpiękniejszą i najlepszą kobietą jaka kiedykolwiek była czyli Maryją. Pogadaj z Nią a Ona w sprytny sposób i tak poprowadzi Cie do Jezusa oraz Jego Ojca. Kobiety tak mają.

P. S. Dobrze jest się modlić gdy Maryja jest szczególnie piękna na obrazie lub w figurze. Jak ta na zdjęciu wyżej z katedry w Madrycie.

Serce Boga w sercu Warszawy.

            „Będę wam Ojcem.”

Dziś Ewangelia mówi niby o pewnej życiowej matematyce. Co oddać Bogu? Co światu? Nie o tym mówi Jezus. On mówi o wielkiej, przeogromnej miłości Boga. Kto odda co Boże, zrozumie to. Wszytko co wokół nas to Jego. Więc co możemy Mu dać? Naszą miłość do Niego. Odwzajemnienie szalonego płomienia miłości. Kto zachwyci się miłością Boga i Jego osobą, dla tego wszystkie rzeczy należące do „świata-cezara” będą mało wartościowe i mdłe. Odda je bez żadnego wahania. Wszystko znajdzie swoje miejsce. Boże Serce błaga nas o miłość i kocha nas bezmiernie.

            To Boże Serce Ojca objawiło się z niesamowitą mocą w sercu Warszawy. W sobotę i niedzielę wziąłem udział w konferencji „Serce Dawida” zorganizowaną przez Fundację 24/7. Było na niej 2 000 osób z całego kraju. Zacznę od tego, co może i jest trochę „cesarskie”, ale jeśli jednocześnie zostanie oddane to co Boskie, to staje się bardzo ważne, czyli organizacja. Przez wiele lat jeśli coś było nazwane chrześcijańskim, to było odbierane w sferze organizacyjnej jako ułomne i nieprofesjonalne. Mój znajomy, który na początku zawiązywania się wspólnoty przy jednej z parafii jak dowiedział się, że część spotkania będzie w salce katechetycznej, odpowiedział, że nie będzie siedział w zimnym i zapleśniałym pomieszczeniu. Miał takie skojarzenia z wczesnej młodości. Ten stereotyp wśród wielu ludzi nadal pokutuje. Dlatego ciągle jestem pod wrażeniem organizacji tej konferencji, która absolutnie temu zaprzecza i wręcz demoluje takie myślenie. Pełen profesjonalizm we wszystkich ważnych rzeczach. Samo miejsce to w pełni przystosowana do wszelkich konferencji Hala Expo XXI na ul. Prądzyńskiego. Podczas rejestracji każdy dostawał identyfikator i gadżety konferencyjne. Przy rejestracji hol do wspólnych rozmów i kawa z ekspresów, bez której dla mnie nie da się w pełni dobrze funkcjonować. Zupełnie dobra i darmowa. Samo centrum wydarzeń to profesjonalna scena, nagłośnienie, światło i telebimy. Niesamowici artyści, którzy grając i śpiewając posługiwali przy uwielbieniu. O wysokim standardzie konferencji świadczyło jeszcze wiele innych rzeczy, których nie będę już wymieniał. Dziękuję organizatorom, że mogłem ciągle się cieszyć, że to jest nasze, ludzi którzy przyznają się do wiary w Boga, który jest Ojcem.

            To Boże Serce Ojca objawiło się przede wszystkim w warstwie duchowej. Stworzyliśmy dwutysięczną wspólnotę osób, która uwielbiała modląc się. Osób, które nie są sobie obce, jak na wielkim koncercie, ale bliskie przez wspólną miłość do Ojca. W pewnym momencie poproszono nas, abyśmy stojąc położyli rękę na sąsiedzie, by pomodlić się za siebie nawzajem. Siedziałem na końcu i od razu zauważyłem, że wokół mnie nie ma nikogo. Zacząłem się modlić mimo wszystko, ale szybko poczułem rękę na ramieniu. Ktoś zauważył, że nie ma kto się za mnie modlić i szybko przybiegł, żebym nie poczuł się absolutnie w tym sam. Byliśmy na Eucharystii w tej wielkiej wspólnocie, gdzie na zakończenie wszyscy modlili się nad nami, księżmi, w ramach podziękowania za to, że jesteśmy i że ciągle ją celebrujemy. Niesamowita była również braterska modlitwa za wszystkich protestantów, którzy też byli z nami. I wreszcie nauczanie, które tam było.

            Napiszę tylko pokrótce co mnie osobiście ujęło i co było świadectwem jak bardzo i z jak wielką miłością Bóg ciągle chce do nas mówić. Piszę to też dla tych, którzy nie byli, żeby choć trochę poczuli esencję tego Słowa Bożego, które cudownie przelewało sie w tym miejscu. Biskup Andrzej Siemieniewski głosił, że Pismo Święte mówi o tym, że Jezus dostaje Królestwo, które przekazuje nam. Jesteśmy wezwani do tego, aby siedzieć na tronach i rządzić! Niestety jesteśmy tak zapatrzeni w siebie i w swoje życie, że nie zauważamy, że dostajemy to Królestwo. Nawet jak się modlimy, to niby kierujemy wzrok ku Jezusowi, ale przez modlitwę, która ma załatwić nasze sprawy, między Niego a nas wstawiamy lustro. Nie widzimy Go – widzimy siebie. Nieżyjący już ks. Peter Hocken w swoim przesłaniu, które zostawił przed śmiercią, powiedział, że jak Dawid zgromadził i zjednoczył wszystkie rody żydowskie, tak konferencja gromadzi wszystkich ludzi, często zupełnie różnych, którzy wierzą w Boga. Co odnosi się do tego, co pisałem wcześniej o wspólnocie. W panelu dyskusyjnym świetną myśl od Ducha Św. przywołał bp Andrzej mówiąc jak rozmawiać z ludźmi, którzy nas odrzucają. Powołał się na św. Augustyna, który tłumaczył swoim wiernym, że jeśli bliźni z sekty Donatystów nie chcą rozmawiać z nimi, to oni mają odpowiadać, że oni mimo wszystko chcą. Wszyscy, stworzeni mimo różnych podziałów i nieporozumień, muszą mieć ze sobą kontakt. Jeśli Bóg jest Ojcem, to wszyscy jesteśmy rodzeństwem.

            Szczególna była wypowiedź w panelu dyskusyjnym Żyda mesjanistycznego (uznającego Jezusa jako Mesjasza) oraz pastora na temat tego, co im daje chrześcijaństwo. Dr Richard Harvey powiedział, że jego żydowska rodzina pochodzi z Polski i dzięki Polakom ucieka od Holocaustu. Chrześcijaństwo dla niego to godna podziwu duchowość i teologia. Ujmuje go jak Chrześcijanie potrafią sobie pomagać w potrzebie. Mówił też o przepięknej liturgii. Pastor Jeff Eggers mówił jak odkrył przez nas piękno krzyża. Moc miłości w Jezusie ukrzyżowanym.

            Bardzo ważnym słowem było to skierowane przez Macieja Wolskiego, który mówił, że musimy czuć się posłani do świata. Spotkanie Jezusa zawsze jest automatycznym posłaniem na zewnątrz. Nigdy nie będziemy głosić, jeśli sami nie poczujemy przelewającego się na nas ogromu Miłości Bożej. Obfitość jej w naszych sercach powoduje, że przelewamy ją niejako automatycznie na innych. Szatan chce za wszelką cenę obedrzeć nas z naszej tożsamości, z tego, że jesteśmy ukochanymi dziećmi Boga. Gdy nas przekona, że jesteśmy kimś słabym w Jego oczach, uciekamy od Jego obecności. Nie spotykamy się wtedy z Ojcem i nie czujemy się posłani. Jezus wysłany jest przez Ducha św. na początku na pustynię, aby potwierdzić swoją tożsamość Syna Bożego podczas kuszenia. Jezus wraca już pełny Ducha i przygotowany na swoje dzieło.

            Bardzo dziękuję państwu Wolskim i reszcie z Fundacji 24/7 za stworzenie przez te 2 dni miejsca spotkania różnych ludzi, którzy stworzyli piękną wspólnotę. Za miejsce, gdzie Bóg wielu z nas znów z mocą przypomniał, że chce być dobrym, szalenie kochającym Ojcem. To miejsce było w sercu Warszawy, gdzie objawiło się serce Boga Ojca.

W czym pójść na wesele. XXVIII Niedziela Zwykła 2017

            Dziś mówiłem o czymś innym homilię, ale cały dzień porusza mnie jeszcze jeden motyw z Ewangelii. To właśnie o nim będzie ten tekst. Jeśli ktoś chce usłyszeć Słowo, które mówiłem (to inne) to proszę kliknąć link na dole.

            Na koniec, po absolutnej potwarzy pierwotnych zaproszonych, słudzy zaprosili wszystkich napotkanych. „Złych i dobrych”. Pewnie generalnie zwyczajnych ludzi, a nawet ubogich. Na uczcie tylko jeden z nich nie miał stroju weselnego. Został przez to wyrzucony. Długo myślałem o co chodzi z tym strojem weselnym na przyjęciu. Jeśli byli też i ubodzy to nie mogli sobie kupić szat na wesele króla. Wykwintnych i pięknych, można szczerze dodać. Król oglądając gości nie patrzył na cenę i piękno strojów. Patrzył na schludność. Biedacy mieli swoje łachmany, ale wyprane i ładnie pocerowane. Przygotowali się, mimo że mieli mało środków do tego.

            Często zwalniamy się w dążeniu do świętości lub załamujemy się pogrążając się w rozpaczy mówiąc, że są sfery w naszym życiu, które są grzeszne i kompletnie nie radzimy sobie z nimi. To są nasze łachmany. Dziś król wpuszcza ludzi w łachmanach, ale…. łachmanach, nad którymi się napracowali, żeby były jak najlepsze. Nie martw się, że sobie nie radzisz od wielu miesięcy i lat ze swoimi pewnymi cechami charakteru, nałogami, sferą seksualną. Po prostu ciągle walcz. To jest Twoje przygotowanie łachmanów na wesele po śmierci. Jeśli w ciągu życia wygrasz i uda się je zdjąć i założyć nowe szaty to super. Ale jeśli nie, a upracujesz się walką, ciągle poprawiając schludność starych portek, to jestem przekonany, że Król – Nasz Ukochany Bóg wpuści Cię na wesele, które przygotował. Szczerze mówiąc, to dopiero musi być super impreza.

Moje inne Słowo: https://soundcloud.com/farend-ojp/20171015-1113-01mp3

Boży chińczyk? XXVII Niedziela Zwykła 2017

            Wszyscy dziś oglądają programy kulinarne. Taka moda. Więc większość wie, że dobrym trendem w kuchni jest łączyć nietypowe smaki: słodki z kwaśnym lub słony z gorzkim. Dzisiejsza Ewangelia jest dla mnie osobiście słodko – kwaśna.

            Słodka, bo jak czytam o winnicy to wiem jak Tata Niebieski mnie kocha. Dziś w dwóch miejscach jest napisane o gospodarzu, który z mozołem tworzy jedne z najpiękniejszych miejsc na ziemi, czyli winnice. Wymaga to mnóstwo pracy, co powoduje, że miejsce dla pracującego jest wyjątkowe i cenne. W Ewangelii gospodarz to miejsce oddaje pracownikom. Czytając to dziś bardzo mnie to poruszyło. Robotnikiem jestem ja sam. Pan przygotował dla mnie piękne miejsce na ziemi, w którym mogę funkcjonować, czyli moje życie. Tak łatwo zapominam o wyjątkowości darów Bożych, które są moim udziałem. Tak naprawdę piękna winnica to cała moja historia życiowa, którą przygotował w szczegółach Bóg. Jasne, w swojej głupocie umiem narzekać, że przydałyby się lepsze winogrona, wygodniejsza tłocznia. Zapominam, że wspaniałości swoje mam zupełnie za darmo i powinny mi ciągle przypominać o wielkości Gospodarza. Ale dziś, czytając Słowo doceniam jak w łatwy sposób mam w zarządzaniu świetną winnicę. To jest słodkie, bo mówi o wielkiej miłości Obdarowującego.

            Kwaśna, bo przypomina mi jak w moim życiu mogę być względem Niego niewdzięczny i bezczelny. Moja winnica (życie) powinna służyć mi do ciągłego wzrostu. Moje winogrona powinny obfitować w wino miłości do Gospodarza i do innych. To wino z każdym dniem powinno być coraz bardziej szlachetne. Bardzo często tego nie robię. Źle zarządzam. Więc wysyła mi on pomocników, którzy mają za zadanie pobudzić mnie do dawania owoców. Pomocnicy są różni: moja rodzina, przyjaciele a nawet wrogowie. Zazwyczaj ich przeganiam. Na końcu posłany jest On – Jezus Chrystus. Jest Synem Gospodarza. Czy Jego też przegonię? To już nie kwaśność a gorycz, bo wiem, że jestem w stanie nie słuchać Boga, który posyła mi wiele zadań doskonalących, a ja je lekceważę. Szczyt goryczy jest w tym, że wiem doskonale, że przychodzi do mnie i Jezus. A ja wiem, że potrafię niestety Go odrzucić. A może nawet zabić?

            Słodkość i kwaśność przechodząca w gorycz. Czujesz, że ta Ewangelia robi zamęt w Twojej głowie? Tak ma być….

Pozorant czy Boży wojownik? XXVI Niedziela Zwykła 2017

            Dwie postacie w Ewangelii – dwa możliwe wybory każdego człowieka. Można być kimś, kto boi się sięgnąć po to, co proponuje mu świat. A czasem po prostu jest się leniwym. Bo sięganie to przełamanie komfortu. No i jakieś ryzyko istnieje. Taka postawa wprowadza człowieka w stan gnuśności. Nic go nie cieszy. Zaczyna sam dusić siebie w kłamliwych oparach ciągłego powtarzania, że jest dobrze i nie trzeba się już starać. Można też być kimś zupełnie innym, kto ciągle widzi wyjście. Szklanka przecież do połowy nie jest pusta, ale do połowy pełna. Widzi ciągle jakieś otwarte drzwi i możliwość rozwoju. Przekracza ciągle jakieś granice. Jest radosny, bo widzi ciągle nowe perspektywy w życiu. Niekończące się.

            Dzisiejsza Ewangelia jest właśnie o tym. Te postawy mogą być przez Ciebie stosowane w chrześcijaństwie. Możesz być gnuśnym i znudzonym. Bo mówisz w modlitwie „Pan jest wielki!”, ale to tylko Twoje gadanie. Nie walczysz o relację z Nim i o swoją świętość. W końcu stwierdzisz, że Jezus to nuda i dla starszych babć. Ale Pan dziś wzywa Cię do odwagi wychodzenia i pójścia za Nim, żeby bycie uczniem było realne a nie grą pozorów. Nie mów dziś, że jesteś zbyt słaby. Że się boisz. Drugi syn na początku wprost zbuntował się przeciw ojcu. Ale poszedł, ruszył i został pochwalony. Zmaganie o Twoje bycie z Chrystusem spowoduje, że będą się otwierać coraz nowsze perspektywy i coraz piękniejsze.

            Dzisiejsza walka dwóch synowskich postaw w Ewangelii to walka w Tobie. Kim masz być? Gnuśnym, narzekającym duchowym pozorantem czy kimś z wielkimi perspektywami zachwyconym całym życiem a przede wszystkim chrześcijaństwem?

P.S. Po dzisiejszej homilii podeszła do mnie jedna Pani i podziękowała mi, że powiedziałem o sensie życia. Ciekawe. Moim zamiarem było mówienie o walce o siebie i o pójściu za Jezusem. Stałem z otwartą buzią. I po raz kolejny zrozumiałem, że podczas liturgii to Pan mówi. Tak jak każdy potrzebuje. Mimo że ksiądz postanowi sobie, że o konkretnej rzeczy powie. On mówi – ja tylko otwieram usta.

Czy denar Ci nie wystarczy? XXV Niedziela Zwykła 2017 r.

           Dzisiejszy tekst jest krótki, bo właśnie wróciłem z pielgrzymki Centrum Formacji Misyjnej. Nie posługiwałem dziś mówiąc homilię. Może dlatego jakoś osobiście odebrałem Słowo Boże na tą niedzielę.

            Królestwo Boże jest jak bogaty gospodarz, który daje na prawo i lewo duże pieniądze. Trzeba tylko przybić z nim „piątkę” i zdecydować się na współpracę. Po raz kolejny zwaliło mnie z nóg to jak łatwo można mieć zbawienie. Trzeba tylko pójść za Bogiem. Powiedzieć, że idę, bo nie mam co robić, bo w moim życiu zieje pustką. Samo pójście kiedykolwiek – denar, tj. zbawienie.

            Druga myśl jest z końca Ewangelii. Jęczący robotnicy stali się ostatni tylko dlatego, że jęczeli. Dziwna sprawiedliwość społeczna: niech ma gorzej! Każdy z nas w Kościele ma swoją doskonałą receptę na zbawienie siebie i… innych. Krytykujemy i dzielimy. „Dewotki różańcowe” to nie wiedzą o co chodzi Jezusowi. Ci z ruchów charyzmatycznych to pełni dziwnych emocji religijnych dziwacy. Ci są konserwatywnymi betonami, którzy wprowadzają chłód w Kościół mówiąc, że w kościele nie można grać na gitarach i wesoło śpiewać.

            Dziś Pan mówi do każdego z nas: Zostaw to. Każdy przez to, że Mnie wyznaje ma denara. Nie wymyślaj swojej, tylko jednej prawdziwej drogi do zbawienia

Jesteś Chrześcijaninem z pasją czy starotestamentalnym Żydem? XXXIV Niedziela Zwykła

            Najcięższy czas mojego chrześcijaństwa był wtedy, gdy nie spotkałem jeszcze żywego Jezusa jako Osoby. Byłem młodym chłopakiem i moja religia była nawet ok. Ale bez polotu. I te obowiązki. Zbieranie podpisów przed bierzmowaniem. Niepisany obowiązek spowiedzi raz na jakiś czas. Trzeba się pokazać w Wielkim Poście na Drodze Krzyżowej. No i te rekolekcje – mama będzie krzyczeć. Obowiązki to beznadzieja. Do dziś mam tak, że jak mam obowiązki których nie rozumiem, to rodzi się we mnie bunt. Nie cierpię ich. Odbierają chęć życia. Jeszcze są obowiązki, które rozumiem. Wypełniam je. Ale bez szału. Ale są obowiązki, które rozumiem, jestem super przekonany i kocham. Z czasem zrzucają w mojej głowie imię „obowiązki” i stają się największą pasją. Obowiązek, który jest czymś zewnętrznym staje się częścią serca. Właśnie o tym jest dzisiejsza Ewangelia.

            Apostołowie są Żydami, a to znaczy, że wszystko co religia, także i Bóg, to zewnętrzne obowiązki. Ich prawo stanowiło, że jeśli umyjesz ręce w taki a nie inny sposób przed jedzeniem to Bóg się ucieszy. Jeśli w szabat nie przejdziesz więcej metrów niż wyznaczyli kapłani żydowscy, to będziesz z Jahwe w zgodzie. I wiele innych. Obowiązki, ale czy z serca? Jezus powiedział Apostołom chwilę wcześniej przed tą dzisiejszą sceną z Ewangelii (fragment z poprzedniej niedzieli), że mają dbać o swoich braci i swoje siostry poprzez pełne miłości i zrozumienia kilkukrotne upomnienia. A potem jak Jezus walczyć o taką osobę walczyć. O każdego poganina i celnika. Pomyśleli: ciężki obowiązek. Dlatego wysyłają Piotra. Niech się spyta, ile razy tak podchodzić do jednej osoby, gdy ona nas odrzuca. Przecież obowiązek musi się kiedyś skończyć. A potem już nie trzeba – i luz.

            Dlatego Jezus mówi dzisiejszą przypowieść. Nie chodzi o żadne obowiązki. Nie o targ, że jak Bóg wybacza to musisz i Ty. Zakochaj się w Nim, by zrozumieć Jego miłosierdzie, które wybacza każdy szlam Twojego życia. Zakochaj się w Takim szalonym z Miłości Bogu. Wtedy zechcesz być choć trochę jak On. Wybaczanie bez granic stanie się słodką oczywistością. Przecież On tak robi. Ale nie tylko wybaczanie, lecz wszystko co do Niego należ stanie się wielką częścią Twojego serca. A może ogarnie je całe doprowadzając Cię automatycznie do świętości?

 

https://soundcloud.com/farend-ojp/20170917-1714-01mp3